Kalejdoskop Słów – 30 lutego…

Luty, najkrótszy miesiąc w roku, ile miał najwięcej dni?

Tak, to pytanie wcale nie jest retoryczne, chciałam nim Was drodzy czytelnicy zaintrygować, nie jest też takie proste, mimo, że odpowiedz nasuwa się od razu. A dlaczego?

Luty, drugi miesiąc w roku, jest miesiącem zimowym na półkuli północnej, natomiast letnim na południowej. W naszym przypadku podpada pod to pierwsze stwierdzenie. Dlatego najbardziej znanym przysłowiem dla nas jest – „idzie luty, podkuj buty”. Trochę ostatnimi czasu nie sprawdzającym się, gdyż ostatnimi laty nie mamy już w tym miesiącu dużych opadów śniegu, mrozu, czy lodu, ale zamienienie go na „idzie luty – włóż ciepłe buty” wciąż będzie aktualne. Jest to miesiąc zimowy, jednak jest miesiącem poprzedzającym przedwiośnie, może też dlatego lubimy go, może patrząc z utęsknieniem na opadające kartki z jego kalendarza, zmęczeni miesiącami zimowymi, wyczekujemy pierwszych oznak przedwiośnia. No ok, bynajmniej ja tak mam. Jak pisałam Wam wiele razy, jestem dzieckiem słońca, a w okresie zimowym niestety,  szczególnie mi, go brak. Jednak z  nadejściem lutego już odczuwalnie zauważamy wydłużenie dnia, co powoli wpływa na nasze lepsze samopoczucie, ale najlepiej, dalej suplementować się wit. D, o czym ja oczywiście zapominam. W tym miesiącu jeszcze mamy możliwość delektowania się trwającymi feriami zimowymi, dlatego często jest to też miesiąc naszego wypoczynku, zimowych szaleństw. I proszę, ile znalazłam superlatyw dotyczących tego miesiąca.

Natomiast prawdą, jest też to że jest to najkrótszy miesiąc w roku i według kalendarza gregoriańskiego ma on 28 dni, a w latach przestępnych 29 . Czym jest więc kalendarz gregoriański? Kalendarz gregoriański, inaczej kalendarz słoneczny, został wprowadzony w 1582 przez papieża Grzegorza XIII bullą Inter gravissimas (łac. Między najważniejszymi), bulla ta ustanawia ten kalendarz jako używany w większości krajów. Znalazły się w niej też takie zapisy jak: po 4 października 1582 nastąpi bezpośrednio 15 października 1582 (ustęp 7). Dlatego w roku 1582 zostały usunięte dni od 5 do 14 października włącznie i w tym okresie czasu, nie wydarzyło się w tych dniach nic, absolutnie nic. I nie chodzi tutaj o wydarzenia kluczowe, ale jakiekolwiek. Tych dni, wg kalendarza gregoriańskiego po prostu nie było. Dosłownie. Reforma ta zakładała zlikwidowanie rozbieżności narastających przez wieki posługiwania się kalendarzem juliańskim poprzez prosty zabieg – w roku 1582 po 4 października nie nastąpił 5, a 15 dzień miesiąca, tym samym rok ten był krótszy o 10 dni. Kalendarz juliański, nazywany tak dla upamiętnienia Gajusza Juliusza Cezara, który zlecił jego opracowanie, obowiązujący jeszcze od czasów starożytnego Rzymu, był bardzo dobry, ale jednak daleki od doskonałości. W związku z pewnymi niedokładnościami raz na 128 lat pojawiała się w nim rozbieżność jednego dnia. Niby rzadko, mało, ale jednak nastręczało to problemy chociażby przy wyznaczaniu ruchomej daty świąt Wielkiej Nocy. Odpowiedzą na to był właśnie kalendarz gregoriański, nazywany tak od imienia papieża Grzegorza XIII. Zmianę najprędzej wprowadziły kraje katolickie, a w pierwszej kolejności Włochy, Hiszpania, Portugalia i Polska. Dlatego w Polsce również, w roku 1582 po 4 października nastąpił nie 5, a 15 dzień tego miesiąca! W krajach protestanckich przyjęto go później, np. w Wielkiej Brytanii i w krajach Imperium Brytyjskiego dopiero w 1750 roku, na mocy „aktu Chesterfielda”. Natomiast w prawosławnej Rosji kalendarzem juliańskim posługiwano się jeszcze na początku XX wieku, a w cerkwi prawosławnej jest on używany do dziś. Jak wspomniałam kalendarz juliański spóźniał się o 1 dzień na 128 lat, natomiast opóźnienie kalendarza gregoriańskiego wynosi 1 dzień na 3322 lata, duża różnica prawda?

W Bulli Inter gravissimas  znalazł się też przypis mówiący o tym, że lata wyrażone pełnymi setkami jak 1700, 1800 i 1900 nie będą latami przestępnymi, chyba że liczba setek dzieli się przez 4, jak lata 1600, 2000, wtedy te będą przestępne. Inaczej mówiąc w myśl tej reguły latami przestępnymi są te lata, których numeracja jest podzielna przez 4 i niepodzielna przez 100 lub jest podzielna przez 400

No dobrze, to czym jest w końcu ten rok przestępny? Rok przestępny, to rok kalendarzowy, którego długość to 366 dni. Różnica ta ma na celu dopasowania roku kalendarzowego do roku zwrotnikowego mającego 365 dni, a dokładnie 365,242 190 419 dni SI obliczona na dzień 1 stycznia 2000, 12:00. Rok przestępny jest zwiększony w stosunku do lat nieprzestępnych (365 dni) o jeden dzień. Występuje wyłącznie w kalendarzach o rachubie opartej na obiegu Ziemi dookoła Słońca lub o rachubie kombinowanej (Księżyc i Słońce). Przykłady najbliższych lat przestępnych to: 2016, 2020, 2024, 2028 czy 2032.

To skąd w takim razie 30 lutego, który występuje w tytule?

Tak, 30 lutego istniał! Fakt wiemy, że luty ma 28 dni, a w latach przestępnych 29, jednak zdarzyło się w historii, że ten miesiąc miał 30 dni. Sytuacja taka miała charakter lokalny i dotyczyła tylko jednego kraju w danym czasie, ale zaistniała. Pierwszy raz w roku 1712 w Szwecji.

Stopniowo coraz więcej państw przechodziło na kalendarz gregoriański. Jednak z powodu, że przeszły one na ten kalendarz z opóźnieniem, występowało 11 dni różnicy między sposobami liczenia czasu. Szwedzi postanowili przejść na nowy kalendarz po swojemu i z tego powodu od 1700 roku mieli oni usuwać każdy dzień 29 lutego roku przestępnego i tym sposobem po 40 latach mieli zrównać się z kalendarzem gregoriańskim. Jednak wkrótce rozpoczęła się Wielka Wojna Północna, co skutkowało tym, że  w roku 1704 i 1708 zapominano o tym. Z tego powodu powstał osobny kalendarz szwedzki, przesunięty zarówno względem juliańskiego, jak i niestety gregoriańskiego kalendarza. Problem spróbowano naprawić właśnie w roku 1712, przyjmując na powrót kalendarz juliański i dodając w lutym dodatkowy, 30 dzień. Tak więc 30 lutego 1712 roku w kalendarzu szwedzkim odpowiadał dacie 29 lutego w kalendarzu juliańskim i 11 marca w gregoriańskim. Ostatecznie w 1753 roku Szwecja przyjęła kalendarz gregoriański w najprostszy sposób, w jaki mogła to zrobić. W tym czasie różnica wynosiła już 12 dni, opuścili więc  ostatnich 12 dni lutego i po 17 lutego nastąpił od razu 1 marca. W ten sposób w Szwecji rok 1753 był krótszy o 12 dni względem innych lat.

Historia zna jeszcze jeden przypadek, kiedy luty miał 30 dni. Miało to  miejsce w 1930 i 1931 roku w Związku Radzieckim i było związane z wprowadzeniem w tym kraju w dniu 1 października 1929 roku nowego Radzieckiego kalendarza rewolucyjnego, wg którego każdy miesiąc, w tym luty, trwał 30 dni, a tydzień miał początkowo pięć dni, a po modyfikacji 6 dni. Dokładnie wprowadzono to 1 października 1929 roku. Jednak problemy wynikające z odmiennej rachuby czasu sprawiły, że 30 lutego wystąpił właśnie tylko w roku 1930 i 1931, i już w roku 1932 częściowo zrezygnowano z owego kalendarza i powrócono do takiej długości miesięcy, jaka stosowana jest w kalendarzu gregoriańskim, aby w 1940 roku zrezygnować z Radzieckiego rewolucyjnego kalendarza całkowicie.

Reasumują, jeśli ktoś urodzony 29 lutego uważa, że jest to kłopot z obchodzeniem urodzin, to pomyślmy jaki kłopot miały osoby ze świętowaniem swoich urodzin, które urodziły się w Szwecji 30 lutego 1712 roku, oraz w ZSRR w tym dniu w latach 1930 i 1931. Przyznacie mi rację, że urodzić się 30 lutego to już prawie katastrofa pod względem wydawania przyjęć urodzinowych, lub może jakiś sposób na „nieśmiertelność”.

Zaszufladkowano do kategorii Felietony | Dodaj komentarz

rozmyślania myśli… Rude… Ciężki los osób o ognistych włosach……

Skąd pomysł, aby napisać właśnie o kolorze włosów i do tego o tym kolorze? Rudy to mój, chyba jedyny, ulubiony kolor włosów i jak o blondynkach możemy przeczytać sterty dowcipów, tak ten kolor ma kilka swoistych powiedzonek np. „rude jest wredne”, „rudzi nie mają duszy”, „rude kobiety to czarownice”,  „rudzi zostali poczęci podczas menstruacji”, „rudzi i lisy mają zły charakter”, jednak ja, jako miłośniczka tego koloru, wolałabym to, że „rude jest piękne”. Od początku ten kolor włosów wywoływał wiele negatywnych emocji, był negowany i szykanowany, jednak w końcu nastała na niego, na szczęście „moda”, choć dla mnie nie miało by znaczenia jak ten kolor byłby odbierany, gdyż ja po prostu kocham rude włosy i zawsze żałuję, że z natury nie jestem ich posiadaczką. Po prostu pasuje on do mnie jak ulał, też takie fajne powiedzonko, oznaczające, że coś pasuje bardzo dobrze, idealnie. No właśnie idealnie! Mówi się, że rude włosy są dla odważnych, przebojowych osób, które lubią przyciągać uwagę i nie każdemu pasują ( jak ulał hihi). Najczęściej pasują do osób z jasną karnacją, jednak posiadaczki ciemniejszej karnacji nie muszą zrezygnować z rudych włosów, po prostu trzeba spróbować. Rude włosy to też dobre rozwiązanie dla pań z twarzą kwadratową lub mocno zarysowaną szczęką, gdyż nadadzą twarzy łagodniejszy kształt.

Kolor ten jest kolorem bardzo rzadkim, zaledwie około 1-2 procent ludzkiej populacji może się pochwalić naturalną rudością. Najwięcej rudowłosych osób żyje w Szwecji, Irlandii, Anglii oraz Australii, a wiąże się to z migracją ludności. Przez wiele lat naukowcy przychylali się do twierdzenia, że rude włosy to spadek po neandertalczykach, jednak to twierdzenie było wielokrotnie podważane i obecnie raczej przychylają się do przekonania, że rudowłosi przybyli z Afryki i pierwotnie była to grupa około 150-osobowa. Pierwszy wśród wczesnych ludzi niosący gen rudości i przez to genetyczny przodek większości żyjących rudzielców, pojawił się na naszej planecie około 50 tys. lat temu, jednak nie pochodził ze Szkocji, czy Irlandii, a pojawił się w którymś momencie pomiędzy wyjściem człowieka z Afryki i osiedleniem się na stepach Azji Środkowej.

Gen „rudości” naukowcy zidentyfikowali dopiero w 1995 r. Wcześniej urodzenie się płomiennowłosego członka rodziny budziło zdumienie, czy nawet przestrach, szczególnie że  nie rozumiano, dlaczego z matki blondynki i ojca szatyna, czy nawet dwóch rodziców szatynów  rodzi się rude dziecko. Powodem tutaj jest fakt, że gen rudego włosa jest genem recesywnym, ( w prostym języku ukrytym, nie widocznym) nie jest genem dominującym. Do tego dość słabym, „ustępliwym” genem, który może się ujawnić nawet po pradziadkach lub prapradziadkach. Ludzie, nie znając jego genetyki, tłumaczyli to sobie na różne sposoby, czasem wręcz absurdalne, mówiono nawet, że rude dzieci rodzą się w wyniku poczęcia w czasie menstruacji, a czerwone włosy odzwierciedlają kolor krwi.

Wszelkie diabły, demony czy straszliwe istoty z podziemia, obrośnięte były czarnym, czy właśnie rudym włosiem. Nordycki bóg oszustów i ognia, Loki, przedstawiany jest jako postać z grzywą poplątanych, płomienistych włosów. Ten kolor włosów przypisywano też ludziom, którzy oddawali się czynnościom zakazanym, burzącym porządek moralny: złodziejom, oszustom, lichwiarzom, czarownicom i prostytutkom. Rudy kolor włosów przypisano więc i Judaszowi, zdrajcy Jezusa. Ze względu na przekonanie jacy ludzie mieli rude włosy, jeśli więc Judasz był zdrajcą, to z przekonania o charakterze osób o rudych włosach, reasumując musiał po prostu być rudy! Podobnie stało się z Kainem, pierwszym bratobójcą, czy Dalilą, kochanką Samsona, która przyczyniła się do jego zguby. W wielu kulturach za rudowłosą uchodziła również Ewa, oraz  Szatan, którego często portretuje się jako czerwonowłosego. Słynna Maria Magdalena, grzesznica, która nawróciła się dzięki Jezusowi, również przedstawiana jest z długimi rudymi włosami, symbolizującymi jej nieokiełznaną seksualność. Istnieją dowody, że w Pompejach prostytutki celowo nadawały swoim włosom czerwonawy odcień. Podobnie kojarzący się wizerunek ma Lilith, pierwsza żona biblijnego Adama, a jej kręcone ogniste włosy są symbolem związku z diabłem i jej rozwiązłości.

Nieokrzesanie, tępota, lenistwo, skłonność do niepokojących aktów seksualnych, to niektóre cechy, przypisywane rudzielcom w starożytności. Ze względu na to, że nie rozumiano dlaczego tak mała ilość społeczeństwa ma taki kolor włosów, nie pasował on do „uporządkowania go”, a w tym czasie szczególnie Grecy lubili spisy, lubili świat uporządkowany i podzielony na części. Przypisali więc rudy kolor włosów mieszkańców Tracji, która była w tym czasie najobfitszym źródłem niewolników i dostosowali podejście do osób z takimi włosami, do swojego podejście w tych czasach do niewolników. Z tego powodu niewolnik na scenie często nosił  imię np. Ksantias, co znaczy „złocisty” lub „rudy”. Bycie rudym w starożytności równało się więc byciem niewolnikiem, barbarzyńcą, czy później poprzez greckie sztuki, klaunem. W tych czasach według Rzymian, ludzie o takim kolorze włosów byli również barbarzyńcami i oznaczało to Celta, Gala, czy Traka. „Rudzi mają zły charakter. Podobnie jak lisy” – stanowczo twierdził autor traktatu „Fizjognomika” z III w. naszej ery. Starożytni Egipcjanie byli przekonani, że ten charakterystyczny kolor włosów przyciąga pecha, Ramzes II miał rude włosy, co czyniło go powiązanym z demonicznym bogiem Setem. Dlatego też, w tych czasach, w Egipcie grzebano rudowłose osoby żywcem jako ofiarę dla boga Ozyrysa. W starożytnej Grecji powszechna była też wiara, że osoby o ognistych włosach po śmierci wiodą egzystencję wampira. Zgodnie z zapiskami pochodzącymi z I wieku p.n.e autorstwa Diodora z Sycylii przed wiekami istniała tradycja składania ofiar Tyfonowi z rudych ludzi, gdyż Tyfon, gigantyczny potwór miotający z oczu płomienie, który wszczął wojnę z Zeusem, również miał rudą czuprynę, oddawano mu więc, ofiarę z ludzi o tej właśnie barwie włosów. Mimo to grecka bogini miłości – Afrodyta wyobrażana była jednak też z włosami odcieniu czerwonego. Natomiast jeszcze w XIX w. Rumuni wierzyło się w istnienie wampirów, którzy włosy mieli mieć właśnie w rudym kolorze. Panował wtedy przesąd, że jeśli zmarły miał rude włosy, wróci on jako pies, żaba, pchła albo nawet pluskwa i będzie wchodził w nocy do domów, i wysysał krew pięknych młodych dziewcząt, imputowano, że ponieważ wampiry lubują się w czerwonej krwi, to czerwone włosy predysponują do wampiryzmu. W średniowiecznej Europie rude włosy uznawane były z kolei za atrybut czarownic, dlatego w średniowieczu panowała „moda” na palenie kobiet o czarnych bądź rudych włosach, rzadko kiedy palono blondynki. Te dwa kolory symbolizowały przelaną krew, ciężki grzech, zdradę oraz okropną śmierć. O zgrozo, „Kronika francuska” z 1492 r. opisywała, jak frankijscy królowie palili na stosie kobiety o ognistym kolorze włosów. Natomiast książkowa postać Ani z Zielonego Wzgórza, też boryka się z klątwą rudych włosów, których ja jej tak bardzo zazdroszczę, próbowała je nawet przefarbować, uzyskując kolor zielony. Postać ta była wynikiem  wystąpienia w Wielkiej Brytanii gingeryzmu, czyli zjawisku porównywalnego do rasizmu, które nazwano właśnie gingeryzmem, czyli dyskryminacją osób rudowłosych.

Mimo szykanowania tego koloru włosów w różnych czasach, to  kolor ten odbierany był też jako superlatyw. W Rzymie niewolnicy o tej barwie włosów byli więc drożsi. Natomiast w okresie renesansu możemy spotkać wiele portretów rudowłosych piękności, gdyż wtedy to rude kobiety uchodziły za ideał urody. Jeden z największych malarzy tamtych czasów – Tycjan – namalował tak wiele rudowłosych postaci, iż jego imię zaczęto łączyć z odcieniami czerwieni i dziś „tycjan” to kolor o barwie ciemnorudej z domieszką czerwieni. Mark Twain zażartował kiedyś, że ludzie pochodzą od małpy, ale rudowłosi od kotów. Dlatego, pomimo że dostrzegano ich inność i z tego powodu, po prostu bano się ich, i z nich szydzono, to jednak  wzbudzali też podziw, kojarzono ich z nieziemskim pięknem i płomiennym pożądaniem, stąd moim zdaniem właśnie kolor włosów Ewy, czy Afrodyty. Był czas, że w Anglii była moda na kolor rudy, zapoczątkowała go naturalnie ruda królowa Elżbieta I, znana z charyzmy, intelektu i zamiłowania do flirtu. Moda ta trwała całą epokę elżbietańską. W takich krajach jak Indie, Iran, Bangladesz czy Pakistan błyszczącą czerwień na włosach kobiety uzyskują przez połączenie henny i szafranu, i właśnie dzięki temu specyfikowi autorka tego tekstu ma ten kolor włosów. Natomiast naturalnie rudym pięknościom brunetki mogą pozazdrościć braku siwizny. Rude włosy z wiekiem zbliżają swój odcień do blondu, a później stają się zupełnie białe.

Historia pokazuje nam, że rudzi są jednak nie tylko urokliwi, ale też zdeterminowani, odnoszący sukcesy i choć ich procent w ogólnej populacji jest tak mały, zaledwie 1-2 procent ludzkiej populacji, to jednak mieli ogromny wpływ na losy świata. Sławnymi rudzielcami między innymi byli: Neron, Helena Trojańska, Napoleon Bonaparte, Oliwer Cromwell, Antonio Vivaldi, Thomas Jefferson, Vincent van Gogh, Mark Twain, James Joyce, Winston Churchill, Galileo i król David.

Tak, ludzie mają to w naturze, że negują coś co jest rzadkością, jeżeli dostrzegają inność, po prostu boją się jej, szykanują ją, a czasem jej zazdroszczą i właśnie to też dostało się osobom o rudych włosach. Tak mała populacja, 1-2 procentowa, musiała negatywnie odbić się na odczuciach reszty ludzkości, smutne ale tacy jesteśmy. Jednak ja jako miłośniczka tego koloru, nawet znając tą historię, dalej byłabym rudą boginią, Afrodytą, lub Freyą, czy pierwszą Ewą, czy następnie niewolnicą, pogrzebano by mnie żywcem, byłabym wampirem, czy tudzież oddano by mnie w ofierze Tyfonowi, czy okrzyknięto by mnie czarownicą,  niestety skazując mnie za czary,  spalono by mnie na stosie, a może jednak namalował by mnie Tycjan. Jakiekolwiek były by moje losy, to pozostaję wierna swojemu kolorowi włosów. Z poważaniem Wasza ruda narratorka.

Zaszufladkowano do kategorii Felietony | Dodaj komentarz

Rozważania myśli – „Współczesna wizja męskości i kobiecości, i jej zgubny wpływ na młode pokolenie”. 

Współczesna wizja męskości i kobiecości – czy się zmieniła względem lat poprzednich? Dawno, dawno temu, za siedmioma górami, za siedmioma lasami, za… wieloma, wieloma wiekami, w czasach prehistorycznych panował matriarchat, wtedy to społeczność skoncentrowane były  wokół kobiet. W tych czasach panował kult Trzech Bogiń. Doskonale znamy figurki piersiastych, brzuchatych bogiń, wykopywane przez archeologów, dowód na to, że istniała kultura matriarchalna, czcząca żeńską energię płodności, narodzin i naturę. Czyli wszystko to, co jest potrzebne aby gatunek mógł przetrwać. W tym okresie, męska energia była zepchnięta na drugi plan i to mężczyzna musiał przekonać o swojej wartości do przedłużenia gatunku. Jednak wizja ta nie przypadła mężczyznom do gustu i kult Bogiń został „wchłonięty” na poczet kultu Boga, rozwijając w miejsce matriarchatu – patriarchat, funkcjonowania „my” przeszło w funkcjonowanie „ja”. Pozycja kobiety w patriarchacie przez wiele, wiele wieków była bardzo niska, wręcz spadła do formy zaspokajającej męskie potrzeby, oraz rozrodczej, bez wszelkich praw, równości politycznej czy społecznej,  rozwoju umysłowego, intelektualnego, swojej osobowości, swojej wartości, a dostępne nauczanie polegało na tym aby przygotować cichą, zahukaną, skromną, potulną, służalczą żonę i tylko taka egzystencją powinna w tych czasach kobiecie przypaść. Kobiety, które nie zgadzały się na taką rolę były wyłapywane, oskarżane o czary i palone na stosie lub topione. Tzw. próba wody, która mogła udowodnić, że dana kobieta nie jest czarownicą, polegała na tym, że przywiązywano do niej kamień i wrzucano właśnie do wody. Jeżeli kobieta się utopiła, zarzut o czary został anulowany. HA!!! Jeśli kobieta chciała tworzyć, pisać malować, musiała robić to pod męskim pseudonimem. Do dziś nie wiadomo ile dzieł wielkich męskich artystów było tworem kobiecych rąk i umysłów. Znamy natomiast wiele takich przykładów i np. Karen Blixen – najbardziej znana duńska pisarka, głównie ze wspomnień o swoim życiu w Kenii, wydanych jako Pożegnanie z Afryką zmuszona była publikować swoje dzieła pod pseudonimami Isak Dinesen, Pierre Andrezel, Osceola.  Siostry Bronte, gdy po wizycie w wydawnictwie usłyszały, że nie zostaną wydane ich pozycje, gdyż są napisane przez kobiety, zaczęły wydawać swoje dzieła pod męskimi pseudonimami braci Currera, Ellisa i Actona Bellów. Gabriela Zapolska – której samo imię i nazwisko również było pseudonimem , wydawała swoje dzieła pod nazwiskami: Józef Maskoff oraz Walery Tomicki, aby uchronić się przed prześladowaniami zaborcy i cenzurą. Natomiast Maria Konopnicka, ponieważ jej małżonkowi nie podobało się jej ambicje, wydawała jako Marko, oraz Jan Sowa, Ko-mar, Jan Waręż, Humanus, Ursus czy Mieczysław Pazurek, chylę czapkę, że pozwalał jej na to, aby w ogóle tworzyła.  Amantine Lucile Aurore Dupin – prawie nikomu nie znana z jej imienia i nazwiska, publikująca pod pseudonimem Gorge Sand, aby móc przebywać w niedostępnych dla kobiety miejscach ubierała się jak mężczyzna włącznie z paleniem cygar czy fajki. Mary Ann Evans publikowała pod pseudonimem George Eliot, a Alice Mary North pisząca fantastykę, aby jej powieści mogły być wydane skryła się za pseudonimem Andre Norton, jednym z jej dzieł jest seria Świat Czarownic. W obecnych czasach rola kobiety w społeczeństwie stoi na wyższym poziomie. Po fali ruchu feministycznego, otrzymałyśmy prawo do kształcenia się, prawo emancypacji, prawo samostanowienia, prawo wyborcze i prawie mogłabym rzec prawo równości. W obecnych czasach pozycja mężczyzny nie jest już „macho”, a kobieta może być ”sobą”, dzięki temu mogę tu pisać „elaboraty” jako ja, nie ukrywać się za Bartoszem czy innym męskim imieniem, aby móc napisać kilka słów i je opublikować. Czy jest lepiej? Czy pozycja kobiety w obecnych czasach, w moim środowisku, moim kraju jest taka jakbym chciała? Pomijam kwestie polityczne i różne nakazy i zakazy ustanowione przez rząd, które moim zdaniem odbierają nam, kobietom prawo do samostanowienia o sobie, ale przerażeniem w ostatnich czasach napawa mnie ilość zabiegów chirurgii plastycznej oraz medycyny estetycznej. Już młode kobiety, które jeszcze rozwijają się, dojrzewają, robią sobie zabieg powiększenia piersi, powiększanie ust stało się nagminne, a postrzeganie kobiet, znów idzie w złym kierunku i zamiast „jednostką” powoli stajemy się ponownie „narzędziem”. Przeraża mnie to, szczerze sama mam makijaż permanentny brwi i kresek dookoła, ale to jest zabieg typowo upiększający z zachowaniem umiaru między naturalnym wyglądem a sztucznością. Ale to, co ostatnio można znaleźć w internecie i nie dotyczy to tylko kobiet, ale dotknęło to też mężczyzn, przeraża…

Jeśli chodzi o zgubny wpływ na młode pokolenie to… nie mam w otoczeniu „osobnika”, który uczęszczałby do szkoły, czy rozwijał się w domowych pieleszach, ale… nie przeraża mnie myśl, że w otoczeniu osoby młodej,  mają one kontakt z osobami tzw. trzeciej płci itp… jestem za tolerancją, za możliwością samostanowienia o sobie, ale ilość zabiegów chirurgii plastycznej, aby zrobić z siebie „sztuczną” lalkę, wyposażoną w odpowiednie krągłości, przeraża mnie. Pogoń za idealną figurą, wymuszenia na jednostkach, aby być wiecznie młodym, seksownym w każdym calu, wpędza w coraz większą depresję z powodu nawet małych niedoskonałości, a przecież dzięki nim jesteśmy jednostkami jedynymi w swoim rodzaju, niepowtarzalnymi, „tworami” ewolucji a nie identycznymi tworami chirurgii plastycznej. Czy poprzez to ludzkość idzie w dobrym kierunku? Czy młode pokolenie wychowane na takich przesłaniach w dobie internatu, przemocy w grach komputerowych, których nie jestem przeciwnikiem, jestem tylko a umiarem, otrzymuje od nas dobre przesłanie? Nie wiem… a może nawet wątpię…

A Wy drodzy czytelnicy jakie macie zdanie na ten temat?

Zaszufladkowano do kategorii Felietony | Dodaj komentarz

Kalejdoskop Słów, kalejdoskop Myśli… Styczeń

Styczeń – miesiąc który rozpoczyna się z nowym rokiem, pierwsze jego chwile są wielkim świętowaniem, gdy z wybiciem północy otwieramy butelkę szampana świętując ten moment, składamy sobie nawzajem życzenia pomyślności w Nowym Roku. Sama nazwa „Styczeń” pochodzi od słowa „stykać”, gdyż to właśnie na przełomie grudnia i stycznia stary rok styka się z nowym. Bardzo proste prawda? Jednak mi akurat to nigdy nie wpadło do głowy, dobrze jest tak poszerzać horyzonty pisząc o czymś.

A skąd się wziął Sylwester? Tutaj mamy bardzo ciekawą legendę.

Według proroctw wróżki Sybilli, w 1000 roku miał nastąpić koniec świata za sprawą latającego potwora, ognistego smoka Lewiatana. Lewiatan – potwór morski stworzony przez Boga, wg Psalmu 104 czytamy, że jest on wyrazicielem potęgi i mądrości Boga, stworzonym dla Jego upodobania, i jednocześnie w swoim istnieniu całkowicie zależnym od Jego woli, oraz jednocześnie, że zostanie pokonany na końcu świata . Jednak proroctwo Sybili,  apokalipsa pojmowana  była bardzo dosłownie, zdawało się tego nie potwierdzać, mówiąc, że to właśnie on ma zniszczy ziemię. Potwór ten sypiał w lochach Watykanu, gdy w roku pańskim 317 papież Sylwester I pojmał owego strasznego smoka, zapieczętował mu paszczę pieczęcią Rybaka i obezwładnionego zamknął w owych lochach. Wierzono jednak, że z nadejściem przełomu w noc 999/1000 rok, Lewiatan wyjdzie z ukrycia, pożre świat, zapali niebo. Wiara w to była tak silna, że młodziutki papież Grzegorz V umierając w roku 999, cieszył się ze swojej śmierci, że nie dożyje tego straszliwego dnia. Niepokój przybrał na sile, gdy na tron papieski wstąpił mnich benedyktyński Gerbert i przyjął On imię Sylwestra II. Szeptano wtedy, że Sylwester I uwięził Lewiatana, Sylwester II go zwolni. Nadchodził koniec roku 999 i przerażenie rosło wywołując zbiorową psychozę, zwana przez historyków kryzysem milennium. Nastała północ 31 grudnia 999 roku, wszystkie dzwony w Rzymie poczęły bić, przerażenie sięgało zenitu. Jednak Lewiatan  nie ukazał się na moście św. Anioła, nie skruszył Pieczęci Rybaka, nie zerwał łańcuchów,  nie wyrwał się z lochu, co przepowiadała Sibilla, nie zionął ogniem i siarką, nie spalił niebo i ziemię, niebo nie gorzało, a Watykan, Rzym i inne miasta pozostały nienaruszone. Natomiast na balkonie pałacu laterańskiego oświetlony pochodniami ukazał się papież, Sylwester II i pobłogosławił światu, i miastu na nowe, długie wieki. Przerażenie przemieniło się w szaleńczą radość, tłumy Rzymian wyległy na ulice, place,  tańcząc, śpiewając, i śmiejąc się w blasku rozpalonych pochodni i ognisk, ściskali się i popijając wino. Ulga, radość, równie silna, jak przedtem obawa, upamiętniły tę pierwszą noc sylwestrową, a na pamiątkę owego dnia ostatni dzień roku, oraz wszystkie nocne szaleńcze zabawy, maskarady i uczty nazywamy Sylwestrem. To tyle legenda na temat Sylwestra, bardzo ciekawa, prawda?

W Polsce Sylwester zaczęto świętować dopiero w XIX wieku. Zwyczaj ten przybyły z Europy Zachodniej. Początkowo świętowały jedynie bogatsze warstwy społeczeństwa. Arystokracja witała nowy rok toastem Tokaja, aby następnie zwyczaj objął również inne warstwy społeczne.  Ziemianie na przykład polowali, strzelali z batów na szczęście. W dzisiejszych czasach sylwester to zabawa, szampan, często huczne przyjęcia i głośna muzyka.

Ale Styczeń, to też jeszcze jedno święto – Trzech Króli.

Trzech króli, czyli Objawienie Pańskie  – chrześcijańska uroczystość mająca uczcić objawienie się Boga.  Symbolami święta jest historia opisana w Ewangelii Mateusza, według której Mędrcy ze Wschodu o imionach: Kacper, Melchior i Baltazar, przybyli do Betlejem, aby oddać pokłon Jezusowi. Trzej królowie padli przez dzieciątkiem na kolana, oddając mu pokłon, oraz złożyli przywiezione dary: złoto – symbol godności królewskiej, kadzidło – symbol godności kapłańskiej i mirrę – symbol wypełnienia się proroctw i zapowiedź śmierci Zbawiciela. W uroczystość Objawienia Pańskiego święci się kredę, kadzidło i wodę. Poświęconą kredą katolicy wypisują na drzwiach swych mieszkań litery K+M+B oraz aktualny rok. Litery te interpretuje się jako inicjały imion trzech wymienionych królów, jednak w średniowieczu odczytywano je inaczej. Pisano wtedy ,,C+M+B”, gdyż imię Kacper po łacinie pisane jest przez C i  wyrażało to błogosławieństwo – Christus Mansionem Benedicat- czyli ,,Niech Chrystus błogosławi mieszkanie!” Zwyczajem jest też aby  dom skropić święconą wodą , a spalone kadzidło podkreśla , że jest on miejscem modlitwy.

Natomiast na temat święta Trzech Króli można znaleźć też takie informacje. Jest to w rzeczywistości prastare boginiczne święto na cześć światłości i nowego życia, wywodzące się z epoki matriarchatu. Ponieważ kościół nie radził sobie z potężnym kultem Trzech Bogiń, to w akcie manipulacji przemianował je najpierw na trzy święte: Katarzynę, Małgorzatę, Barbarę (Brygidę), aby potem, w ramach wypierania pierwiastka kobiecego z tonącej w testosteronie instytucji, przerobić wczesnośredniowieczne święte na Kacpra, Melchiora i Baltazara, zostawiając im te same inicjały. Święto trzech króli jest  świętem całkowicie spreparowane. W biblii nie mamy podane ilu mędrców przybyło, ani nie ma  podanych ich imion. Biblia nie wspomina też o żadnych królach, tylko magach. Opowieść Mateusza, Ewangelii Mateusza nie jest „historyczna”, gdyż Mateusz nie był kronikarzem, ale nauczycielem. Natomiast fragment o Mędrcach wydaje się być zbudowany na wzór żydowskiego midraszu – historii mającej pouczyć słuchacza o zamiarach. Dla porządku dodam, że imiona nigdy nie istniejących „trzech króli” pojawiają się dopiero w VI wieku, a cała koncepcja zostaje spopularyzowana w wieku IX. Tak więc nie mamy przesłanek, że owi Trzej Królowie w ogóle istnieli, natomiast wg historyków  te trzy boginie  zdecydowanie istniały już od narodzin cywilizacji, a ich ślady znajdujemy wszędzie. Występują od Gór Ałtaju po Irlandię, mają setki nazw i przydomków. jednak zawsze występują w 3 postaciach: Dziewczyny, Dojrzałej Kobiety i Starej. Biała, Czerwona i Czarna. Trzy Boginie to nic innego, jak personifikacja wiecznego koła życia: Narodzin i Śmierci oraz powtórnych Narodzin – odwiecznego Cyklu Natury. Przed rozpoczęciem okresu patriarchatu, mieliśmy okres matriarchatu. Tak zwana prehistoria ludzkości to 95% całego czasu, który oficjalnie znamy, natomiast Historyczny okres ludzkości to te brakujące 5%. Doskonale przecież pamiętamy figurki piersiastych, brzuchatych bogiń, które znajduje się w najstarszych wykopaliskach – dowód, że istniała kultura matriarchalna, czcząca żeńską energię płodności, narodzin i Natury. Matriarchat odzwierciedlał się więc w plemienności, wspólnotowości, więzi, seksualności przejawiając się w formie obrzędów i sposobu spędzania świąt. W tym okresie, męska energia była zepchnięta na drugi plan, sytuacja jednak się odwróciła z nastaniem chrześcijaństwa, wchodząc w okres patriarchaty. Ludzkość weszła w zbiorowe doświadczanie partykularyzmów, gier o władzę i dominację, oraz zmianę funkcjonowania z „my” na „ja”.

Tak więc Najpierw były Boginie. I to wszędzie, np. w Mekce – miejsce w pobliżu czarnego kamienia w Kaabie, to miejsce poświęcone trzem arabskim boginiom: „Al-Lat (Bogini), Al-Uzza (Najpotężniejsza) i Manat, które były przedstawiane jako święte kamienie”. Natomiast Bazylika św Piotra stoi na miejscu świątyni bogini Kybele. Rodowód katolickiej Anny Samotrzeciej daje się prześledzić aż do neolitu. Pozostałości kultu boginicznego widać też w baśniach krajów niemieckojęzycznych w wątek Trzech Panien, lub Trzech Kobiet czy Trzech Sióstr.

Reasumując, Kunigundis, Mechtundis, Wibranda lub nasze Katarzyna, Małgorzata, Barbara, a wcześniej Brygida – potężna celtycka biała bogini, jakim zostały poddane kombinacjom?  Kościół, nie mogąc sobie dać rady z pogańską tradycją, przejął trójpostaciową boginię i dosyć nieudolnie ją zamaskował. W ikonografii zachowały się ich kolory oraz symboliczne przedmioty.  Na przykład koło – pradawny, orientalny symbol życia trafił się Katarzynie, robiąc z niej męczennicę łamaną na kole. Natomiast wąż lub smok, boginiczny symbol płodności, przemiany dostał się Małgorzacie. Węże, szczególnie kobry były uważane za symbol Matki Ziemi. Barbara dostała wieżę, symbol wzniesienia świątyni, zdarza się, że Barbara trzyma w ręce kielich albo czarę, zamiast symbolu wody, życiodajnego źródła. Trzej królowie zachowali nie tylko inicjały, ale również kolory trzech bogiń. Jeden jest biały, drugi czarny, a trzeci ma rude włosy, pojawiają się też przy narodzinach dziecka, tak jak robiły to Trzy Boginie. A dlaczego akurat 6 stycznia? 6 Stycznia wypada po 12-ej nocy, licząc od Bożego Narodzenia, czyli święto Brumaliów oraz Saturnaliów, 6 Stycznia to też święto białej bogini, domknięcie obchodów narodzin słońca, ponieważ Kościół zajadle zwalczał pogańskie święta, przerobić ten dzień na święto „Trzech Króli”. Tak więc wiedząc skąd się wywodzi to święto, które mnie czeka, od teraz będę się nim więcej radować. Ktoś ostatnio napisał, że jestem liberalna i tak to jest prawda, jestem też tolerancyjna, ale…miło jest wiedzieć, że zanim świat zaległ patriarchat, zanim świat ogarnęła ciemność męskiego szowinizmu, był czas gdzie panował matriarchat, czas kiedy kobiety miały podstawowe znaczenie… Nie, nie jestem za jego powrotem, jako osoba liberalna, chce zasłużyć na to miano, jako osoba tolerancyjna jestem za równością, równym podziałem władzy, praw i obowiązków i równym podziałem prawa do „boskości”

Zaszufladkowano do kategorii Felietony | Dodaj komentarz

Rozważania myśli – kobiecość i męskość… dziś…

Pisząc jakiś felieton zawsze zastanawiam się o czym Wy, drodzy czytelnicy,  chcieli byście przeczytać, czy wybrany temat o którym piszę  was zaciekawi. Dlatego poprosiłam o podsunięcie mi tematu i dostałam takie zadanie : „Współczesna wizja męskości i kobiecości, i jej zgubny wpływ na młode pokolenie”.

Kobieta i mężczyzna – kim są?

Kim jest mężczyzna? Czytamy, że mężczyzna to męski, dojrzały płciowo osobnik z rodzaju Homo Sapiens, a różnice w genotypie kobiety i mężczyzny determinują dymorfizm płciowy człowieka. Jakie są różnice między kobietą a mężczyzną w psychice? Stereotyp płci mówi, że różnice w matematyce w większym stopniu przeważają na szalę męską, jednak w obecnych czasach, gdy kobiety mają na równi dostęp do nauki, różnice te jednak zmalały. Mężczyźni w porównaniu z kobietami wypadają lepiej w zdolnościach przestrzennych, jednak gorzej w zdolnościach werbalnych. Pod względem osobowości mężczyźni mają przewagę w asertywności, samoocenie, oraz zadowoleniu z własnego ciała, jednak gdyby kobiety były traktowane na równi, gdybyście to wy stroili się w te przysłowiowe piórka, to jestem pewna, że układ sił w pewnych aspektach mógłby się zmienić. Ze względu na to, do czego zostaliśmy stworzeni, przewyższacie nas pod względem siły, oraz w  sporcie. Opierając się na teorii psychologii ewolucyjnej to właśnie różnice w rolach, jakie pełnili mężczyźni i kobiety w społecznościach pierwotnych, spowodowały wykształcenia się różnic płciowych, natomiast różnice kulturowe są wynikiem różnic w zachowaniu oraz cechach psychologicznych ze względu na odmienność ról, jakie z konieczności pełnią zarówno kobiety jak i mężczyźni.

Jeśli wyszukamy znaczenie słowa „kobieta” już na wstępie dostajemy dobrą informację. Kobieta to dorosły człowiek płci żeńskiej. Od razu cisną mi się na usta zasłyszane kiedyś słowa – „ Kobieta też człowiek”, takie niby to śmieszne powiedzonko, a z brzmienia ustawia nas, kobiety w odpowiednim szeregu. Tak, mogę napisać „nas”, bo podobno ze mnie „też człowiek”. Powiedzonko jest tak skonstruowane, że świadome potwierdzenie, tworzy od razu podświadomą negację, czy może raczej zwątpienie, czy na pewno. Chodzi tu o sprytne użycie słowa „też”, które w odczuciu sensu treści i potwierdza, i neguje. Prawidłowo powinno to brzmieć „Kobieta to człowiek”, jednak od zarania dziejów kobiety zostały ustawione w szeregu za mężczyznami, dlaczego, czy słusznie? Samo słowo „kobieta” pojawiło się w XVI w. i ma przez etymolodzy co najmniej 20 różnych wyjaśnień jego pochodzenia, np. A. Brückner, czy A. Bańkowski uważają że słowo to wywodzi się od słowa koby –kobyły lub od kobu – chlewu i kobieta w tych czasach oznaczało osobę służącą przy korycie, chlewie, a także nierządnicę. W neutralnym znaczeniu słowo to zaczęto używać dopiero pod koniec XVIII w. Jako dowód pełnej rehabilitacje tego wyrazu poloniści przywołują cytat z „Myszeidy” I. Krasickiego –  „Mimo tak wielkie płci naszej zalety my rządzim światem, a nami kobiety”, a jednym z bardziej znanych cytatów jest cytat „Kobieto! puchu marny! ty wietrzna istoto!” –  „Dziady” cześć IV A.  Mickiewicza. Słowo to miało tu jeszcze ciągle nazwą neutralną,  natomiast pierwsze użycie tego wyrazu jako samookreślenie potwierdza ostateczną jego neutralizację, gdy Telimena mówi – „Dość już tego, przerwała, nie jestem planetą. Z łaski Bożej, dość, Hrabio, ja jestem kobietą”, celnie wyśmiewając astronomiczne metafory miłości, które Hrabiemu służyły za usprawiedliwienie własnego niezdecydowania – „Pan Tadeusz” A. Mickiewicz.

W dzisiejszych czasach słowo to jest już używane na co dzień jako określenie płci żeńskiej u Homo sapiens. Co uszeregowuje nas już blisko „podium”, przydzielając nam w ten sposób możliwość posiadania rozumu, za co wszystkim wielkim tego świata jestem dozgonnie wdzięczna. A na poważnie mimo upływu lat ciągle jeszcze spotykamy się z męski szowinizm opierającym  się na przekonaniu, że mężczyźni są lepsi od kobiet, z tym szowinistycznym nastawieniem do braku równości jednostki męskiej i żeńskiej, a pierwsze udokumentowane użycie sformułowania „męski szowinizm” odnajdziemy w sztuce z 1935 roku Clifforda Odeta „Till the Day I Die”.

Odpowiedzą na takie traktowanie kobiet było powstanie ruchu feministycznego. Słowo „feminizm” pojawia się w różnych językach w ostatnich dekadach XIX wieku, natomiast sam ruch czy idee związane z emancypacją kobiet są znacznie starsze. Za twórcę pojęcia „féminisme” uważa się francuskiego socjalistę utopijnego Charlesa Fouriera, który użył go pierwszy raz w 1837r. Myśl feministyczna rozwijała się w XVII–XVIII wieku, jednak jej ślady można znaleźć we wszystkich epokach. Początki feminizmu sięgają czasów rewolucji francuskiej (lata 1789–1799) i powstania Deklaracji Praw Kobiety i Obywatelki (1791 r.), którą na wzór Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela wydała Olympe de Gouges, za głoszone tego poglądy została zgilotynowana. Rok później Mary Wollstonecraft wydała Wołanie o prawa kobiety z postulatami równości politycznej i systemu kształcenia dla kobiet i mężczyzn. Natomiast za pierwszą feministkę w historii uznaje się Christine de Pisan, francuską pisarkę z XIV wieku. Jednak w etap masowego ruchu feminizm wkroczył dopiero w wieku XIX.

A co na ten temat można napisać w odniesieniu do naszego kraju? Słowo feministka w Polsce, w prasie pada pierwszy raz w grudniu 1891r. w odniesieniu do zjazdu kobiet  z okazji dwudziestopięciolecia twórczości Elizy Orzeszkowej, ale jedną z pierwszych publikacji w Polsce na temat praw kobiet napisał w 1836 r. prawnik Antoni Czajkowski. W XIX wieku temat feminizmy pojawia się sporadycznie z obydwu stron, czy to przeciwników, którzy uważali ten temat za niepoważny czy niemoralny, jak i zwolenników, szczególnie w odniesieni do feminizmu Pauliny Kuczalskiej-Reinschmit, który był określany jako radykalny, bezkompromisowy czy odważny. Pierwsze idee mówiły o potrzebie kształcenia kobiet, które znajdziemy w „Pamiątka po dobrej matce” (1819) Klementyny z Tańskich Hoffmanowej. W drugiej fali mówi się nie tylko o potrzebie kształcenia, ale też o formowaniu ich człowieczeństwa, domagano się więc emancypacji i prawa do edukacji dla kobiet, zostało to przedstawione w „Myśli o wychowaniu kobiet” (1843) Eleonory Ziemięckiej. W następnej fali feminizmu w Polsce uczestniczą już mężczyźni  którzy byli głównymi rzecznikami praw kobiet (brawo panowie), natomiast Eliza Orzeszkowa pisała o emancypacji kobiet w „Kilka słów o kobietach” (1871). W następnej do edukacji i emancypacji dodaje się prawo do ochrony. Pełne prawo wyborcze kobiety uzyskały 28 listopada 1918 roku na skutek dekretu Tymczasowego Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego, aż ciśnie się na usta brawo ON!

Czytając artykuły o feminizmie, aby móc tu trochę o tym wspomnieć ciśnie mi się na usta pytanie – Why? Why? Whyyyyyyyyyy? Dlaczego panowie? Dlaczego?

Tak bardzo boicie się nas? Ludzie mają zakorzenione, że często negują to czego się boją, czego nie rozumieją. Czy ten strach w was panowie spowodował, że tyle wieków, kobieta była negowana, poniżana, że nawet do dziś dnia musimy walczyć o „swoje”? W żadnym gatunku samica, odpowiedzialna za przedłużenie gatunku, nie jest tak negowana, jak kobieta, ale zdobywana. W świecie zwierząt to wy panowie „stoicie się w piórka”, utrzymując dymorfizm płci, a wszystko po to, żeby spodobać się płci przeciwnej i zdobyć jej serce, aby gatunek został zachowany. Dlaczego więc w naszym gatunku zamiast od wieków dbać o nas, traktujecie nas właśnie tak? U zwierząt działa instynkt, to on jest odpowiedzialny za to, aby gatunek istniał, my ludzie mamy jeszcze rozum, to nas odróżnia od większość zwierząt, choć nie wszystkich i myślę, że chyba to jest powodem takiego traktowania kobiet. Boicie się, że nasz rozum może was przewyższać? Rozum powoduję chęć zdobywania więcej, tworzy przedziały społeczne, klasowe, podziały na płeć, dzięki rozumowi nawet słaby osobnik, może panować nawet nad silniejszymi, a wy chcecie panować, prawda? Ale łatwiej jest panować nad słabszymi! Chęć dominacji tak bardzo przesłoniła realne poglądy tworząc szowinistyczny świat, że człowiek zapomniał, że powinien zadbać o partnerkę, chronić ją?  Dobrze, że żyję teraz, bo w czasach „Czarownic z Salem”, byłabym na tym stosie. Gdyż w tych czasach, wystarczyło być osobą inteligentną, mającą swoje zdanie, nie pasować do reszty, aby ją okrzyknięto czarownicą  i skazano na stos czy utopienie. A dowodem na to, że kobieta była niewinna  było to, że spłonęła czy utopiła się. O zgrozo, cóż za dowód na niewinność, cóż za przyzwolenie mordu dla utrzymania władzy kościoła! Niestety „ciemny lud” potrzebował „bata”, natomiast  klerykalizm mógł go utrzymać w ryzach tylko, jeśli lud był niewykształcony, dlatego aby zachować ustrój społeczny i religijny,  możliwość panowania nad społeczeństwem przez kościół, ofiarami najczęściej były kobiety myślące, szczególnie niższych stanów, gdyż to kobiety tworzyły rodzinę, a rodzina musiała być posłuszna i wpływowa na zastraszania np. poprzez głoszenia kazania na ambonie.  Cieszę się też, że żyję w tych czasach, kiedy kobiety „dostały” prawo do bycia osobą seksualną. Temat często pomijany, gdyż mimo rozwoju ciągle boimy się rozmawiać na ten temat. Jednak w trakcie pisania tego felietonu przypomniałam mi się jak mi opowiadała babcia , że będą tete a tete z dziadkiem, dziadek zakładał jej spódnice na głowę, gdyż wtedy była taka tradycja, że kobieta bogobojna „ nie uczestniczyła” w tym akcie. I jednocześnie przeraża mnie myśl, że przecież to nie było wieki temu, w sumie to było dość niedawno, a gdyby ktoś mnie podduszał moja spódnicą to… Tak mały kawałek czasu a ile zmian. Ktoś powie, że zmiany idą na lepsze, ktoś , że na gorsze, ale jeżeli jedna jednostka – męska ma prawo do seksualności, to druga jednostka – żeńska też powinna takie prawo mieć, więc jeśli jesteśmy za równością, to albo damy to prawo obu płciom, albo obu płciom je zabierzemy. Co wy na to panowie?

I tak doszliśmy do tematu płeć.

Płeć – zespół cech budowy o charakterze struktur, funkcji i zachowań pozwalających na sklasyfikowanie organizmów na męskie i żeńskie.  Trzecia płeć (ang. third gender lub third sex) – termin określający jednostki, które nie są uznawane przez siebie, czy społeczeństwo, ani za mężczyzn, ani za kobiety. Biologia klasyfikuje, czy ludzka płeć chromosomalna i anatomiczna jest męska, żeńska, czy też stanowi jedną z nietypowych odmian dimorfizmu płciowego, tworzącej pewien stopień niejednoznaczności zwany interpłciowością. Natomiast stan, w jakim dana osoba identyfikuje się jako mężczyzna, kobieta lub ktoś inny, jest zazwyczaj określany przez jej tożsamość płciową, oraz rolę płciową w kulturze, w której żyje. Jednak nie wszystkie kultury mają ściśle określone role płci, bo np. dla rdzennych Hawajczyków i Tahitańczyków māhū jest stanem pośrednim pomiędzy mężczyzną a kobietą lub „osobą o nieokreślonej płci”. Określenie „trzecia płeć” odnosi się też do hidźra  w Indiach, którzy uzyskali prawną odrębność, oraz faʻafafine w Polinezji, Tajlandzkich Kathoey, czy dziewic Kanunu.

Jaki wpływ na nasze społeczeństwo ma trzecia płeć?

Jest to jeszcze ciągle słabo znane w naszym kraju zjawisko. Jednak nie jest to potwierdzeniem na to, że nie było trzeciej płci od zarania dziejów. Istnienie osób transpłciowych  nie jest przecież, jak zauważyłam wyżej, specyfiką zachodu, ani tworem XX wieku. Jak świat światem różne systemy społeczno-kulturowe musiały rozwiązywać problem trzeciej płci. Najczęstszymi sposobami rozwiązania tego problemu jest wykluczenie, czyli tabu seksualne oraz formę inkluzji społecznej trzeciej płci. Z wpisu wyżej widać, że kultura wschodu włączyła trzecia płeć do kategorii społecznej, bez zachwiania systemu społeczno-kulturalnego, wręcz powiedziałabym, że od dawna radzą sobie z tym tematem bardzo dobrze, natomiast niestety kultura zachodnia jest ciągle „zamknięta” na problem trzeciej płci i woli temat wykluczyć i potraktować jako tabu, aniżeli zmierzyć się z nim i rozwiązać go dla dobra „obu stron”. Jednak czyż nie powinniśmy, w imię naszych praw człowieka zmierzyć się z tym problemem rozwiązać go nie tylko od strony prawnej, ale i społecznej? Powszechnie zgadzamy się, że nie można uszczęśliwić kogoś na siłę. Bez próby rozwiązania jakiegokolwiek problem nie zniknie on w momencie gdy go negujemy. Tak, jest cos takiego jak tradycja, bo do niej możemy się odnieść w momencie poruszania tematu trzeciej płci. Jednak ja nie jestem tradycjonalistką, świat się zmienia , a my zmieniamy się w jakiś sposób razem z nim, powinniśmy się więc do niego dopasować, problem ten został bardzo dobrze poruszona w filmie, który pewnie większość zna „Skrzypek na dachu”. Jestem natomiast osobą tolerancyjną, uważam że każdy ma prawo być sobą, ma prawo do samostanowienia o sobie. Jestem też za równością oraz uważam, że żadna jednostka nie powinna decydować za inną jednostkę. Ostatnio w naszym kraju prawa kobiet, podejście do różnych spraw związanymi z kobietami idzie w kierunku średniowiecza. Jestem osoba apolityczną, szczególnie na  poczet kalejdoskopu, bo nie jestem po to aby narzucać komuś sposób myślenia, czy wyboru ugrupowania politycznego. Chcę być po to aby „zarzucić” jakiś temat i zachęcić Was czytelnicy do jakiegoś przemyślenia, do jakiejś konkluzji. Jednak zawsze będę bronić słabszych, negowanych, zachęcać do rozmów, poruszania różnych tematów, nawet tych trudnych, bo tylko poprzez dialog,  wychodząc z punktów A i B naszych racji idąc we wspólnym kierunku możemy spotkać się po środku.

Zaszufladkowano do kategorii Felietony | Dodaj komentarz

Rozważania myśli… Skąd się wziął Szatan?

Szatan, zły duch, siła nieczysta, inaczej Diabeł, Belzebub czy Lucyfer, skąd się wziął?  Jeżeli mamy dobro to przeciwstawną siłą do niego jest zło. Gdyby nie było zła, jak odczuwalibyśmy, dobro? Skąd wiedzielibyśmy wtedy jak postępować, czy postępujemy dobrze czy źle? Ale czym w ogóle jest dobro i zło? Są to jedne z podstawowych pojęć etycznych, utożsamiane z pojęciem bytu. W moralności dobro określa poprawność czynów i zachowań człowieka, natomiast zło stanowi przeciwieństwo dobra. Byt, bardzo lubię to słowo, pojęcie bytu i niebytu… z łac. ens — konkretna, jednostkowa rzecz istniejąca, w znaczeniu potocznym: coś, co jest, istnieje, czyli rzeczywistość. Byt, to też, po prostu życie. W bycie wszystko musi się równoważyć. Pojęcie dobra narzucają nam różne prawa, dogmaty, doktryny, przykazania, religie, które ukazują nam, jak należy postępować. Jednak człowiek, jako jednostka, został obdarzony wolną wolą, czyli prawem wyboru. Mając ją sami możemy podejmować decyzję o naszych czynach, działać a nie poddawać się działaniu. Ale aby działać dobrze, przy posiadaniu prawa wyboru, czyli wolnej woli, mając z jednej strony na szali dobro, wszystko to, co nam je ukazuje, ukierunkowuje na nie, z drugiej strony na szali musimy mieć zło. Bo czym by była wolna wola, utożsamiana z prawem wybory, gdybyśmy nie mieli właśnie możliwości wybory między a między. I tu powinno i pojawia się coś co nas zachęca, nęci do wyboru zła, czyli zły duch, siła nieczysta pod postacią Szatana. Jego zadaniem jest sprowadzić nas z dobrej drogi na złą, a my posiadając wolną wolę, umacniając się w jej sile, mając prawo wyboru między tymi drogami, oczywiście powinniśmy zostać oporni na siłę zła i pozostać na naszej, słusznej, dobrej drodze, za co zostaniemy nagrodzeni. Więc tu pojawia się Szatan, który od początku świata, po prostu kusi…

Szatan – jego historia jest bardzo długa, sięga początków jakichkolwiek wyznać religijnych.

 Już w Zaratusztrianizmie, religii irańskiej, powstałej pomiędzy 628 a 551 rokiem p.n.e. wywodzącej się z dawnych wierzeń ludów indoeuropejskich, której wyznawców nazywano czcicielami ognia, wierzono, że Ormazd, najwyższe bóstwo, stworzyło dwóch braci: dobrego Spenta Mainyu i jego przeciwieństwo, złego Ahrimana. 

W starożytności natomiast wierzono, że demoniczna siła odpowiada za zło, gdyż dobry Bóg, nie może postępować źle.

W judaizmie diabeł nigdy nie był personifikowany jako źródło zła, a najsłynniejszy demon w tej religii pojawia się w Księdze Hioba, gdy to Zły duch pyta Stwórcę, czy pewien zamożny człowiek dalej będzie Go wychwalał po utracie całego dobrobytu. Religioznawcy podkreślają jednak, że w tej historii zły duch nie jest tak samo silny, jak Bóg. Szatan jednak został uznany przez część żydowskich sekt około narodzin Jezus, a w kabale – mistyczno-filozoficznym – odłamie judaizmu do dziś mówi się o jasnej i ciemnej stronie, gdzie ta pierwsza-Bóg jest jednak zdecydowanie potężniejsza.

No dobrze… a jak widzą szatana muzułmanie? Z Koranu dowiemy się, że zło zrodziło się w momencie, kiedy Szajtan (Ibis) odmówił pokłonu Adamowi, na rozkaz Allaha. Ibis za swoje nieposłuszeństwo został wyrzucony z Niebie, poprzysięgając zemstę. W ostatnim kazaniu prorok Mahomet ostrzegł muzułmanów przed Szajtanem, mówiąc żeby się go strzegli, ponieważ kusi on ich i zachęca do czynienia zła, aby odwrócić ich od czczenia Allaha. Ponieważ Allah może ingerować w życie ludzi, większość muzułmanów nie wierzy w wolną wolę, a w umiejętność rozróżniania dobra i zła, która to jest po prostu istotną częścią ludzkiej natury.

A Szatan w chrześcijaństwie? Dlaczego dobry Bóg stworzył złego Diabła? Już na samym początku ludzkiego istnienia, gdy Bóg stworzył Adama i Ewę, stworzył też diabła, który pod postacią węża skusił Ewę, do zerwania owocu z rajskiego ogrodu. Był to owoc z drzewa poznania dobra i zła. Mówi się, że było to jabłko z rajskiego drzewa w rajskim ogrodzie, jednak nigdzie w biblii nie mamy jasnego stwierdzenia jaki był to owoc. Wiadomo tylko, że drzewo to było rozkoszą dla oczu, a jego owoce dawały poznanie wiedzy.  Ewa zerwała zatem z niego owoc, skosztowała i dała swemu mężowi, który był z nią, a on też zjadł. Czy to może być przypadek, że mając przykazanie, gdzie oboje mogli korzystać z dobrodziejstw raju, aby nie spożywać owoców z tego drzewa, dając wolną wolę obojgu, Bóg stworzył węża, który miał za zadanie sprowadzić ludzi na zła drogę? Wolna wola i wolny wybór i kuszenie, prawda, że cos w tym jest..

Tradycyjny chrześcijanin został nauczony, że przyczyną wygnania z raju było spożycie przez Adama i Ewę jabłka, a karą za to było pojawienie się u męskich potomków pierwszego ojca charakterystycznego uwydatnienia chrząstki krtani, czyli „jabłka Adama”. Ale jak do tego doszło, że to właśnie owoc jabłoni stał się symbolem grzechu pierworodnego? Powodem jest tu zabawa językiem łacińskim. Owoc jabłoni już od czasów antycznych cieszył się złą sławą, gdy to Melos po śmierci Adonisa powiesił się na drzewie, Afrodyta, która również kochała Adonisa, przemieniła wtedy ciało samobójcy w owoc, nadając mu nazwę od imienia nieszczęśnika, która to brzmi prawie, jak łacińskie malum… Następnie św.  Hieronim, tłumacząc Pismo Święte na język łaciński, zamiast powszechnego określenia łacińskiego fructus, czyli owoc w tłumaczeniu użył słowa malus – jabłoń. Zrobił to chyba nieprzypadkowo. Wszystko właśnie przez to, że łacińska „jabłoń” brzmi podobnie do innego słowa: malum, tłumaczonego jako „zły”. Biorąc pod uwagę, że w momencie zjadania owocu z drzewa poznania dobra i zła Ewa popełniła grzech, zabawa tymi słowami wydaje się być nie przypadkowa. I tak oto mamy jabłko jako owoc grzechu Ewy.

Ale odbiegłam od tematu samego Diabła i jego stworzenia, oraz czy od początku był zły? A więc tak, mamy wolna wola daną od Boga i wolny wybór i kuszenie, i myśl, że cos w tym jest..  Chrześcijańscy teologowie stwierdzili, że skoro wszystko to, co stworzył Bóg, było dobre, to szatan najpierw też musiał być dobry. Chcę nadmienić jeszcze etymologię słowa diabeł. „Diabeł” znaczy nic innego jak „przeciwnik”. Dlaczego więc Bóg miałby stwarzać „złego” diabła, aby zdeprawować Jego dobre stworzenie? Biblia mówi też nam, że Bóg stworzył potężnego, inteligentnego, bardzo dobrego i pięknego ducha, który był najwyższy rangą wśród aniołów, nadając mu imię Lucyfer, czyli „Niosący Światło”. Lucyfer jednak, też dostał, jak i inni aniołowie  wolną wolę, aby dokonywać wyborów, stanął więc przed decyzją, czy zaakceptować to, że Bóg jest Bogiem, czy stać się bogiem sam dla siebie.  W fragmentach z Księgi Izajasza 14, które wspominają o jego wyborze, czytamy że Lucyfer zdecydował się jednak sprzeciwić Bogu i ogłosić samego siebie „Najwyższym”. Piękno, mądrość i potęga, otrzymane od Boga doprowadziły do jego pychy, która to doprowadziła do zbuntowania się przeciwko Bogu. Za to Bóg wypędził go z góry Bożej zrzucając na ziemię, o czym mówi nam Księga Ezechiela 28:13–17. Dlaczego jednak Lucyfer zbuntował się przeciwko Bogu? Będąc tak mądrym, sprytnym powinien mieć wiedzę, czy pokona swojego przeciwnika, a jednak zdecydował się na ten krok. Powodem tu może być wiara. Lucyfer miał wierzyć, że to Bóg go stworzył, wraz z innymi aniołami powstałymi w pierwszych siedmiu dniach stworzenia. Stwierdzenie to Lucyfer miał przyjąć na wiarę, ale skąd miał wiedzieć czy ta wiara jest prawdziwa? Lucyfer widział Boga, rozmawiał z nim, ale nie uznał wiary, że to Bóg go stworzył. Jego pycha doprowadziła do tego że wypowiedział on posłuszeństwo Bogu, siebie nazywając „Najwyższym” i po dziś dzień prowadzi rewoltę przeciw swojemu Stwórcy, by okazało się kto będzie Bogiem. Kusi ludzi aby  przyłączyli się do niego i również przeciwstawili się Bogu. Tak więc mamy wolna wola i wolny wybór i kuszenie, prawda, że cos w tym jest.. a jednak… reasumując, Bóg nie stworzył  „złego diabła”, ale potężną i inteligentną anielską istotę, którą to pycha doprowadziła do buntu przeciwko niemu. A my, cała ludzkość jesteśmy częścią tej walki pomiędzy Bogiem a jego przeciwnikiem, otrzymując na szali wyborów, przy otrzymaniu wolnej woli, po jednej stronie dobra po drugiej zła.

Cóż, znów ile wierzeń, tyle sposobów na przedstawienie Szatana, Diabła, Belzebuba, Lucyfera, Ahrimana, Szajtana, Iblisa, siły nieczystej czy złego ducha. Jednak mimo, że różnie go sobie wyobrażamy, to wszyscy wierzymy, że na świecie jest dobro i zło, oraz siła która nas kieruje ku tym wyborom, z nastawieniem, że jako człowiek, jesteśmy jednostką z natury dobrą i tym będziemy się kierować podejmując nasze decyzje i działania. Przez stulecia wybory były różne, jak to napisała Zofia Nałkowska w pierwszych słowach jakie czytamy w Medalionach to  „Ludzie ludziom zgotowali ten los” – cytat bardzo przejmujący, dający do myślenia, który bardzo zapadł mi w pamięć.  Gdyż prawdą jest niestety też to, co powiedział Friedrich Wilhelm Nietzsche –„ Człowiek to najokrutniejsze zwierzę.” Mamy gdzieś na dnie swojego jestestwa w sobie „bestię” i od nas zależy czy kiedykolwiek pozwolimy jej się ujawnić, czy będziemy ją trzymać na samym dnie naszej duszy. Pozwalając nam na podejmowanie tylko dobrych decyzji. Gdyż kolej rzeczy jest zawsze taka sama: decyzje – czyny – konsekwencje. Podejmujmy dobre decyzje, aby nasze czyny świadczyły o nas i przynosiły nam tylko dobre konsekwencję, z których jako człowiek – homo sapiens będziemy mogli być dumni.

Zaszufladkowano do kategorii Felietony | Dodaj komentarz

I oto jestem … a za ze mną…   Muzyka… Muzyka we mnie, w nas… Muzyka na żywo…

Muzyka(ze stgr. μουσική mousiké „sztuka Muz”)  , czym jest?

Jest to sztuka organizacji struktur dźwiękowych w czasie. Jedna z dziedzin sztuk pięknych, która wpływa na psychikę człowieka poprzez dźwięki. Jest jednym z przejawów ludzkiej kultury. Można by rzec, że zawsze towarzyszyła człowiekowi w pracy, zabawie, odpoczynku, świętowaniu, czy w obrzędach religijnych, ubogacając jego życie. Od początku łączona była również z tańcem i słowami. Na początku pomagała w komunikacji w pracy zespołowej, nadając rytm, aby z czasem wykształcić się jako jedna z gałęzi sztuki. Już w czasach prehistorycznych grano na muszlach, bębnach, grzechotkach, piszczałkach wykonywanych z kości, natomiast w starożytnych państwach słuchano muzyki również dla przyjemności. Już wtedy muzyka została zapisywana, a specjaliści uważają, że znaleźli zapisany fragment muzyczny – hymn, pochodzący z Sumeru z okresu 5000–3000 lat p.n.e. Za najstarszy instrument na świecie natomiast uznano odnaleziony na terenie Niemiec flet, którego istnienie szacuje się na 35 tysięcy lat.

Tak więc muzyka towarzyszyła nam, była w nas od samego początku, pokusiłabym się o stwierdzenie, że powstała w nas z momentem zejścia z drzewa, czy zerwania jabłka przez Ewę. Jakkolwiek będziemy widzieć nasze początki, to pewne jest, że  towarzyszy nam muzyka.

Muzyka ma też mitologiczne początki. Według przekazów biblijnych wynalazcą muzyki był Jubal, potomek Kaina. Jedyny muzyk wymieniany przed Potopem. Przodek tych, którzy grali na lirze lub flecie. Biblia uznaje go za wynalazcę muzyki, mówi o tym Księga Rodzaju – Rdz 4, 21 , gdzie określony został jako ojciec wszystkich tych, którzy grają na „cytrach i organach”.

Natomiast według mitologii rzymskiej wynalazcą muzyki był Merkury.  Po tym jak Nil zalał Egipt, gdy wody się cofnęły, Merkury znalazł skorupę żółwia z wyschniętymi żyłami i z tego stworzył pierwszy instrument strunowy. Tak właśnie powstać miała wg mitologii lira.

Kiedykolwiek by powstała muzyka, ktokolwiek by ją wynalazł, stworzył, gdziekolwiek we wszechświecie zabrzmiałaby pierwsza nuta, to jedno jest pewne, że muzyka jest z nami, wokół nas i jest w nas.

Muzykę możemy też postrzegać jako odmienny stan świadomości, o czym wspominałam już w felietonie o Odmiennych Stanach Świadomości, gdyż słuchając muzyki nasze fale mózgowe z wysokich-beta fal normalnej świadomości zmieniają się do medytacyjnych zakresów alpha i theta. Natomiast poziom hormonów stresu, czyli noradrenalina i kortyzol spada, a poziom neuroprzekażników takich jak dopamina, endorfiny, serotonina i oxytocyna wzrasta. Dlatego słuchając muzyki, poddając się jej, przestajemy myśleć i osiągamy alternatywny stan świadomości. Odczuwamy stan euforii, nie raz porównywalny do ekstazy osiąganej przy seksie. Najlepsze rezultaty osiągamy słuchając jej bardzo głośno.

Muzyka ze mną , we mnie była zawsze. Zawsze zagląda w moją duszę. Wsłuchując się w nią,  oddając się jej cała, czuję się w końcu „sobą”, jakbym była poza sobą, jakbym sama była tą muzyką. Dzięki niej, mogłam przejść niefortunna serię zdarzeń w moim życiu. Nie raz, gdy odlatywałam w otchłań, to ona zatrzymywała mnie w locie, aby w nią nie opaść. Pomagała mi zawsze w stanach rozpaczy, smutku, czy straty. Dodawała znaczenia w stanach radości, czy przełamując barierę samotności i zwątpienia dodawała mi sił.  Mam swoje powiedzonko „ Życie to xxx kameleon, kręcący się w kołowrotku z kalejdoskopu”. (Wyraz, który nie przystoi mi tu przytoczyć „wyiksowałam”…)  Tak więc, życie – kameleon, wciąż zmienia maski, barwy, wbrew mnie dostosowuje do sytuacji, abym tego nie zauważyła, że utknęłam w miejscu w którym nie chciałam być. Biegnąc z wizją, że jest dobrze, nie widząc że to nie to, biegnę w tym kołowrotku życia, non stop od nowa i od nowa,  a wszystko jak w kalejdoskopie zmienia się. Gdy wydaje się, że jestem w dobrym miejscu moich pragnień, potrzeb , kalejdoskop już się zmienił, by mi powiedzieć, z to wszystko mnie omamiło i że nic nie jest tak jak miało być, nic nie jest tym, czym miało być.  Zawsze nie w porę, nie wtedy, nie teraz, chciałabym się zatrzymać w odpowiednim momencie i zmienić kierunek , ale czy „kameleon” by mnie nie omamił a  „kalejdoskop” byłby w odpowiednim miejscu, aby mi się udało to czego chcę, czego pragnę…  Czując się właśnie w takim momencie mojego życia, kameleon nie ten, kalejdoskop nie ten, oddaję siebie muzyce, aby móc w pewnym momencie poczuć, że mogę, że jednak znów mogę zacząć biec od nowa. Potrzebujemy czegoś w życiu co pomoże nam w pewnych chwilach , co „poda nam rękę”, dlaczego nie miałaby to być muzyka?

Nawet budowle religijne, swoim kształtem często budowane były tak, aby wzmocnić siłę granej muzyki, aby ta muzyka otworzyła nas na przekaz jaki niosła nam dana religia. Już Arystoteles, filozof starożytnej Grecji, powiedział że „Muzyka wpływa na uszlachetnienie obyczajów”, zaś Platon, filozof grecki o muzyce mówił tak – „Muzyka to dusza wszechświata, skrzydła umysłu, lot wyobraźni i całe życie”. O wpływie muzyki na nasze życie wypowiadał się też Friedrich Nietzsche, niemiecki filozof, filolog klasyczny, prozaik i poeta pisząc, że „Bez muzyki, życie byłoby pomyłką”. Edward Bulwer-Lytton, brytyjski polityk, poeta, pisarz o muzyce napisał tak – „Muzyka raz dopuszczona do duszy staje się rodzajem ducha i nigdy nie umiera”.  Marilyn Manson, amerykański piosenkarz i wokalista heavymetalowy w swoim przesłaniu o muzyce wypowiada się tak – „Muzyka to najsilniejsza forma magii”. I coś w tych wszystkich przesłaniach jest, prawda? Muzyka uszlachetnia nas, dodaje duszy skrzydeł, przepełnia nas ubarwiając nasze życie, dodając naszej codzienności magii i dlatego zawsze warto się na nią otworzyć, wypełnić jakaś pustkę właśnie nią.

Muzyka na żywo.. do napisanie tego felietonu skusił mnie dzisiejszy koncert , który odbędzie się w Gliwicach, a wystąpią moje dwa ukochane zespoły: Within Temptation i Evanescence. Jednak mnie na nim nie będzie. Tak, jest to marzenie mojego życia, ale… czasem goni się za marzeniami wcale ich nie dościgając. Niby proste, realne, ale pozwoliłam aby było ułudą z różnych względów, czując jednak dziś w sercu jakieś ukłucie, jakiś dyskomfort. Całe nasze życie to decyzje, czyny, konsekwencje. Padła decyzja, następstwem tego jest czyn – tu brak czynu i konsekwencja… Nie ma mnie tam! Jestem tu i z ukłuciem w sercu pisze ten felieton. Odczuwanie muzyki na żywo to całkiem inna bajka, inny przekaz. Nie raz słuchając utwór na koncercie miałam łzy w oczach mimo, że odtwarzając go w domu, poruszał mnie ale nie aż tak.  Na nasze odbieranie muzyki na koncertach ma też wpływ otoczenie, ludzie, którzy tak samo jak ja, jak my, przyszli tu, bo tak samo kochają właśnie tą muzykę, tak samo mocno ją odbierają. Czujemy się z nimi zespoleni w tej euforii jaką daje nam bycie w tym czasie, w tym miejscu, z tą muzyką, która nas wypełnia, tego się nie da zapomnieć. Dlatego uważam że zawsze warto być na koncertach zespołów które słuchamy, lubimy, kochamy. To ubogacenie nas, naszych przeżyć zostanie z nami na zawsze, to jest to coś dobrego, co dostajemy od życia, aby móc kiedyś mile wspominać, aby słuchając ponownie tych utworów zalała nas fala przypływu wspomnień i uczuć, aby jeszcze mocniej ta muzyka wprawiła nas w euforię, która niesie nam zawsze coś dobrego, która jest stanem wyjątkowo dobrego samopoczucia z tendencją radości,  pomimo czasem rzeczywistych niedomagań naszej duszy czy ciała.

A Wy, moi drodzy czytelnicy jak odbieracie muzykę? Jak odbieracie koncerty? Czekam na kilka słów o tym, o Was oraz jak się wam podobał mój felieton.

Zaszufladkowano do kategorii Felietony | Dodaj komentarz

I oto jestem …   a…  SZCZĘŚCIE … mnie czasem omija.

Pisząc na wiele różnych tematów, pisząc wcześniej o Pechu, chyba nie mogę pominąć tematu – Szczęścia. Czym jest szczęście?
Podeprę się, jak zawsze definicjami np. z PWN mówi że szczęście to:
1. powodzenie w jakichś przedsięwzięciach, sytuacjach życiowych itp.
2. uczucie zadowolenia, radości – też, to wszystko, co wywołuje ten stan
3. zbieg pomyślnych okoliczności
Oraz zajmę się rozebraniem tematu na czynniki pierwsze.

Sam temat szczęścia jest mi trochę obcy, nie to, że nigdy go nie czułam, doświadczyłam, ale nie jestem osobą, która by dostała pseudonim „Lucky” raczej „Unlucky” hihi , gdyż samo określenie szczęścia jako – zbieg pomyślnych okoliczności, jest przeciwstawne do mnie, gdzie bardziej pasujące jest określenie – zbieg niepomyślnych okoliczności. Sami widzicie, gdzie się wpasowałam jeśli chodzi o definicję. Natomiast czytam teraz książkę, w której główny bohater ma pseudonim „Lucky”, choć nie jest szczęściarzem, a pseudonim ma jako skrót od nazwiska. Można i tak prawda,? Można, ale ja cóż… moje nazwisko też nie podpada pod taką możliwość. Więc i tu mam pecha do przypisania mi tej możliwości jako „szczęściary”.

Jeśli rozpatrywać szczęście jako emocje, spowodowane doświadczeniami ocenianymi przez podmiot jako pozytywne, to psychologia wydziela w pojęciu szczęście: rozbawienie i zadowolenie, co daje nam w rozważaniach o naturze szczęście dwa aspekty do rozbioru.
Tak więc szczęście może być postrzegane jako aspekt posiadania – mieć szczęście, oraz jako aspekt odczuwania – odczuwać szczęście
W pierwszym przypadku szczęście możemy doświadczyć poprzez sprzyjające zbiegi okoliczności, splot takich sprzyjających okoliczności. Dzięki pomyślnemu losowi, fortunie, doli, poprzez szczęśliwy traf czy przypadek. A także dzięki powodzeniu w realizacji celów życiowych.
W przypadku drugim szczęście to chwilowe odczucie bezgranicznej radości, przyjemności, euforii, zadowolenia, upojenia, oraz trwałe zadowolenie z życia połączone z pogodą ducha i optymizmem, dzięki ocenie własnego życia jako udanego, wartościowego.

Jeśli chodzi o pierwszy przypadek, trafia nam się po prostu mieć szczęście w czymś nie raz, czy sami możemy starać się spowodować sprzyjające okoliczności aby je w danej chwili, sytuacji posiadać. Jeśli chodzi o drugi przypadek, aby odczuć chwile szczęście mamy wiele możliwości, myślę, że nawet proste jedzenie czekolady daje nam chwilowe poczucia ”szczęścia”, czy też słuchanie ulubionej muzyki, chwile euforii z kimś bliskim, jakkolwiek szeroko pojęte… oglądanie dobrej komedii, która nas rozśmiesza, czy tudzież innego filmu, programu z kimś, czy nawet dobrze zbilansowane chwile samotności, które potrafimy wykorzystać pozytywnie dla siebie i wiele, wiele innych. Tak, mamy szerokie spektrum aby daną chwilę szczęścia móc osiągnąć, potrzebujemy tylko wykrzesać z siebie trochę pozytywnej energii aby zadbać o to by to zrealizować. Jeśli chodzi o trwałe zadowolenie poczucie szczęścia z naszych osiągnięć, ocenie naszego jestestwa jako pozytywne, to o to trzeba zabiegać niestety nieco dużej. Nie da się w jednej chwili tego odczuć, załatwić, takie odczucia. Całe nasze postępowanie musi być zbilansowane z osiąganiem tego, aby w pewnym momencie poczuć, że tak jest. I tutaj potrzebujemy różnych splotów okoliczności, aby złożyły nam się w pozytywną całość. Jednak nigdy nie jest za późno, aby coś zmienić, aby zadbać o własne szczęście, czasem trzeba tylko zdobyć się na ten pierwszy krok…

Jeśli chodzi o filozoficzne pojęcie szczęścia, to filozofowie już od czasów Sokratesa dociekają natury szczęścia i jego osiągalności, gdzie zagadnienia te rozważane są w kontekście pytania czy szczęście zależy jedynie od życia filozoficznego, czy też od okoliczności życiowych.
I Tak według Arystotelesa szczęście to działanie zgodne z naturą. Ryby są szczęśliwe pływając, a ptaki latając, a ponieważ do natury człowieka należy przede wszystkim myślenie i tworzenie to wg. niego najszczęśliwsze jest życie filozofa lub męża stanu. Arystoteles podkreślał też rolę zaspokojenia potrzeb fizjologicznych do uzyskania szczęścia. Hmmmmm może dlatego nie przypiszę sobie słowa  „happy” – bo nie spełniam tych norm. Co do bycia filozofem, no jeszcze mogę w sumie wejść na tą drogę, ale mężem stanu raczej nie będę z racji mojej natury… i ot arystotelesowe szczęście we mnie legło w gruzach

Filozoficznie szczęście można też osiągnąć rozumiane jako subiektywna ocena,  oceniana miarą przyjemności życiowych, szczególnym przykładem tego jest np. Epikureizm, gdzie szczęście równa się przyjemności i dlatego życie szczęśliwe to życie, w którym suma doznanych przyjemności jest większa niż suma cierpienia, a unikanie cierpienia i bólu jest głównym warunkiem osiągnięcia szczęścia. Epikur stworzył swoją teorię różnych rodzajów przyjemności – rachunek przyjemności, gdzie najbardziej pożądana przyjemność to taka, gdzie ilość cierpienia, bólu oraz wysiłku jest mniejsza niż zysk z osiągniętej przyjemności/szczęścia. Epikura miał też bardzo ciekawa teorię co do strachu przed śmiercią. Twierdził, że nie należy się jej bać, bo „dopóki jesteśmy, nie ma śmierci, a gdy ona przychodzi, nie ma nas”. Hmmm , bardzo ciekawa filozofia. Nie będę was tu zanudzać nią, a jeśli was zainspirowałam do zainteresowania się nią, to po prostu wygooglujcie, ale może daje nadzieje na to szczęście… Co o tym myślicie?

Odmiennie od powyższej filozofii szczęście można tez osiągnąć siłą charakteru, uniezależniającą człowieka od zmiennych okoliczności. I tu przykładem może być stoicyzm który, opiera się na zasadzie osiągania szczęścia przez wewnętrzną dyscyplinę moralną, sumienne spełnianie obowiązków, oraz utrzymywanie stanu spokojnego szczęścia niezależnie od zewnętrznych warunków.  Przykładem też może być np. buddyzm, w którym z kolei nie jest możliwe osiągnięcie szczęścia poprzez podążanie za pragnieniami, gdyż ich całkowite zaspokojenie jest niemożliwe, jedynie poprzez osiągnięcie trwałego szczęścia, czyli wyzbycia się owych pragnień, dla uzyskania stanu  Nirwany. Natomiast według chrześcijan absolutnym szczęściem jest bezpośredni kontakt z Bogiem. Według islamu szczęście jest związane z postępowaniem zgodnym z wolą Allaha – osoby prawe są szczęśliwe, zaś grzesznicy nieszczęśliwi, dotyczy to życia doczesnego, jak i pozagrobowego. A więc ile religii tyle teorii w sposobie osiągnięcia szczęścia i sami musimy wybrać, która z nich jest tą , której drogą chcemy się udać.

Rozwodzić się nad tym szczęściem można by jeszcze wiele linijek, godzin, doszukiwać się wielu teorii, pouczających czy zasypujących nas radami jak to szczęście osiągnąć i naprawdę polecam aby o nie zadbać, gdyż posiadanie go to fajna sprawa, tak…
Szczęście, często ulotne marzeni, złapane tylko chwilkę z nadzieją, że zostanie na dłużej, ułuda wymykająca się cichcem, gdy przymykasz oczy będąc w euforii licząc , że masz je w garści…  Jeśli komuś się udało je chwycić, niech trzyma mocno aby nie wypuścić…
Szczęście…  przyjemność, radość, upojenie, zadowolenie, zachwyt, ułuda, fantazja, nadzieja, euforia, bicie serca – To bicie serca…

Czy dla takich chwil warto żyć?

Zaszufladkowano do kategorii Felietony | Dodaj komentarz

I oto jestem …   a… PECH… nigdy mnie nie opuszcza

Pech! Znacie GO? Chyba prawie każdy go zna i kiedyś go spotkał
Czym jest PECH? Z definicji PWN – niepomyślny zbieg okoliczności, hmmmm taka „Seria niefortunnych zdarzeń” znacie to?

Od początku świata, mojego świata, no dobra uściślając, od kiedy pamiętam, zawsze miałam pecha. Był ze mną zawsze, mój wierny kompan, chyba najwierniejszy ze wszystkich, zawsze ze mną, zawsze w pogotowiu, w oczekiwaniu kiedy może się ujawnić. Nazwałabym, że mam GO chronicznie, wręcz na własność, czyli nie jest to jednostkowy czy nawet liczniejszy zbieg niepomyślnych okoliczności, ale chroniczny pech,  już po prostu seria niefortunnych zdarzeń.

Więc czym jest pech, dlaczego go mamy i jak się na nas odbija? W interncie trafiłam na artykuł, który pech, posiadanie pecha traktuje tak: wg prawa Murphy’ego: „jeżeli coś może się nie udać – nie uda się na pewno”, więc podejmując się trudnego zadania i ponosząc porażkę, zwalamy wszystko na „pech” dla własnego wytłumaczenia możliwie popełnionych błędów w działaniu, a sam pech został wymyślony na potrzeby ludzi. Oraz , że samo słowo „pech” jest nacechowane negatywnie, pechowe, gdyż na niego zrzucamy nasze świadome przewinienia, zaniedbania, niedociągnięcia. Mając takie podejście do pecha, można by wydedukować, że sam pech jako tako nie istnieje, jest to po prostu zdarzenie, czy ciąg zdarzeń, które nie rozwinęły się po naszej myśli, a my zasłaniamy się nim, dla polepszenia wizji samego siebie. Gdyż wszystko ma logiczne wytłumaczenie, a po analizie ciągu tych zdarzeń zrozumiemy, gdzie był błąd, oraz dlaczego efekt końcowy był taki, a nie inny. Hmmmm

Samo prawo Murphy’ego sugeruje, że zdarzenie, ciąg zdarzeń, sytuacja, która jest wynikiem niepomyślnego zbiegu okoliczności, może być też efektem działania innych, a nas to działanie, ten pech dosięga. W trakcie powstawania tego prawa Murphy miał powiedzieć: „Jeśli jest więcej niż jeden sposób wykonania pracy, i jeden z nich skutkuje katastrofą, to ktoś zrobi to w ten sposób”…. Tak rozpatrując tą kwestię, z logicznego punktu widzenia mamy logiczne wytłumaczenie istnienie pecha, potwierdzając, że jako tako istnieje i może nas dosięgać. Nie jest więc wymysłem ludzi z „gatunku” nieomylnych, zadufanych w sobie, przeceniających swoje możliwości, dla polepszenia własnego ego, ale może nas dosięgnąć jako czyjś błąd, efekt jakiś błędów, zdarzeń, sytuacji i pechowo odbić się na nas.

Tak… mamy więc pewność że pech jest i może nas dopaść.

Nie jestem osobą, która nastawiona jest do życia pesymistycznie, czy tudzież uważająca siebie za nieomylną, czy uważającą, że mam wybujałe możliwości. Fakt, zawsze jak coś robię to staram się robić to dobrze, ale jestem też trochę chaotyczna zakręcona, wiecie sami głowa w chmurach i zgodzę się, że cześć tego „mojego kompana” jest ze mną przez moje wcześniej popełnione jakieś „błędy”, które w momencie ich popełnienia, nie miały jeszcze z sytuacją związku. Ale.. nie jest to tylko to, gdyż w życiu miałam wiele sytuacji, że jakieś zdarzenie, które zanim się wydarzyło mogło przyciągnąć kogoś innego, wystarczyło np. stanąć w innym miejscu, zamienić się z kimś tym miejscem, aby ten pech przypadł w udziale temu komuś, ale nie… to JA zawsze tam, w tym miejscu byłam. KARMA? FATUM?

Rozpatrując tą kwestie, można by doszukiwać się czy jest to tak, czy tak… W jakiś sposób może mnie dosięgać karma – czyli przyczynowość wydarzeń zachodzących w naszym życiu. Przyczynami tych zdarzeń są nasze intencje ( myśli, oczekiwania, zaślepienia) ale także emocje – te pozytywne, jak i negatywne. W prostym ujęciu karma wynika z uczynków, należy jednak uwzględnić fakt, że nie ma uczynków bez intencji. Tak,  wygooglowałam takie wytłumaczenie co to jest karma. Natomiast słownik PWN pisze nam: w indyjskich religiach i indyjskiej filozofii: suma uczynków człowieka, decydująca o charakterze wcielenia w łańcuchu reinkarnacji. Szeroko pojęta karma, może być efektem poprzednich jak i teraźniejszych czynów. Czyli za jakie czyny i z kiedy, ja często byłabym nie w tym czasie lub nie w tym miejscu? Jeżeli wejść w duchowość, to nie neguje, że moja dusza mogła już kiedyś, gdzieś istnieć. Ten temat ma tak szerokie spektrum, że ogarniecie tego tematu w rzeczywistości w jakiej ja się urodziłam, jest dla mnie jeszcze do przeanalizowania, ale jakieś przebłyski jaźni, jakieś mikro-ułamki jakby nie mojej świadomości, poczucie deja-vu pozwala mi stwierdzić, że jako taka karma może mnie dosięgać. No tak a fatum? Fatum oznacza nieuchronny i nieodwracalny los. W słowniku PWN fatum to siła wyznaczająca bieg wydarzeń, zły los. I tutaj, też mogę się zgodzić, że jestem osobą, która po prostu gdzieś została przypisana do tej siły, która ciągle i ciągle wplątuje mnie w sytuacje pechowe, kręcąc nimi jak w kołowrotki. Tak więc, możemy mieć przypisane do siebie jakieś sytuacje, zdarzenia, które będą miała miejsce ze względu na naszą karmę czy fatum, lub po prostu nawet zwykłego pecha. Dziwne matomiast jest to, że całe życie od kiedy pamiętam, nie mając jeszcze wtedy świadomości pojęcia o pechu, karmie, fatum, moja ulubiona liczba to 13. Hmmm tak na przekór, czy na dowód? Nie wiem. Wiem, że mam dwie ulubione liczby 13  i 7. Jeżeli chodzi o pechowość numerologiczną liczby 13, to np. dla Niemców, jest ona liczbą szczęśliwą, a liczba 7, jest traktowana jak nasze polskie znaczenie pechowej liczby 13 i tu też mnie ostatnio zastanawia, że moje liczby to właśnie obie – 13 i 7. Jeśli by się zagłębić w numerologię to rozpisując mój portret numerologiczny też znalazłabym wytłumaczenie na taką sytuację z pechem. Hmmmm Czy doszukuję się powodu do tego, że mam chronicznego pecha? Nie! Nie żyję z tym przesłaniem, ale… mam świadomość tego, że z niewytłumaczalnych powodów ciągle go doświadczam. Czy jest ze mną, bo się go spodziewam, czy spodziewam się go, bo ze mną zawsze jest? Nie wiem, ale wiem, że tak po prostu jest i już.

Pisząc o pechu, rozpatrując go pod kątem prawa Murphy’ego , karmy, fatum czy numerologii, nie mogę pominąć koincydencji.  Koincydencja (synonim pecha) co to jest? Jest to przypadek, zbieg okoliczności, zbieżność kilku zdarzeń, często nieoczekiwana i bez dostrzegalnej przyczyny. Ze statystycznego punktu widzenia koincydencje są nieuniknione, mniej niezwykłe i nieoczekiwane niż wynikałoby to z intuicji. Zwykle są zdarzeniami losowymi o niedoszacowanym prawdopodobieństwie. W filozofii koincydencją zajmował się Arystoteles, a za nim św. Tomasz z Akwinu,  twierdząc, że zbiegi okoliczności są w rzeczywistości często skutkami przyczyn formalnych lub celowych. Natomiast Paul Kammerer (1880-1926), wiedeński biolog, pierwszy badał systematycznie zasady koincydencji, prowadził dziennik koincydencji, obserwował ludzi w parkach, rejestrując, sortując ich skrupulatnie według płci, wieku i ubioru i zapisywał wszystkie obserwacje. Rezultaty były zaskakujące. Kammerer zauważył na przykład, że osoby o podobnych cechach pojawiają się w określonych porach ze zdumiewająco dużą częstotliwością. Natomiast Wolfgang Pauli określił koincydencję jako „widzialne ślady niedających się znaleźć zasad”. Obaj doszli do wniosku, że koincydencje są manifestacją trudno zrozumiałej dla nas uniwersalnej zasady, która działa całkowicie niezależnie od znanych nam praw fizyki. Temat rzeka, ciągle badany i odkrywany, jednak nie zmienia to faktu że samo pojęcie jest i możliwe jest aby wydarzyły się zbiegi okoliczności, zbieżne zdarzenia, nieoczekiwane, bez przyczyny i całkowicie przypadkowo i mogą one być w stosunku negatywnym do osoby, której się przydarzyły. Ot koincydencja, a nawet pech…

Nie pisze tego artykułu aby doświadczyć współczucia, czy tp. Sama ta sytuacja nie miała na całokształt mojego życia od strony psychologicznej destrukcyjnego wydźwięku, po prostu mam świadomość, że moje czyny mogą przynieść w przyszłości pechowe zdarzenie, zbieżność takich zdarzeń, bez samej przyczyny, że z niewytłumaczalnych powodów pechowo znajdę się jakiej sytuacji, gdy pech szuka swojej ofiary, że nie wygram w totolotka itd. Itd… a życie biegnie sobie dalej ramię w ramię  ze mną i moi „kompanem”…

Zaszufladkowano do kategorii Felietony | Dodaj komentarz

MURKI ROZDZIAŁ 9 – Tam i z powrotem.

Gabriel skończył czytać i odłożył książkę na stolik, zrobiło się już popołudnie. Spojrzał na ojca, jego wzrok błądził gdzieś daleko. Gabriel przestraszył się, że może wybrał złą lekturę. Nie czytał tej książki, nie znał jej treści, teraz jednak jak się w nią zagłębić, to może ona trochę przypominać sytuację przeżyć u Murków. Spojrzał na matkę, zbierała naczynia na tacę. Nie mógł wyłapać jej wzroku, ciekawe czy też to pomyślała, zastanawiał się. Wujek wyciągnął paczkę papierosów.
– Pozwolicie, że zapalę? – spytał.
– Zapal sobie braciszku – odpowiedziała Barbara.
– Przyniosę wujkowi popielniczkę – powiedział Gabriel, zerwał się z leżaka, wziął od matki tacę i skierował się do domu.
Za chwilkę wrócił z popielniczką i postawił ją na stoliku naprzeciwko Filipa.
-Dziękuję Ci, synu – podziękował Filip
– Jak ten nasz chłopiec zmienił się w tak krótkim czasie – zaśmiała się Barbara – aż nie mogę się do tego przyzwyczaić.
– Mówiłem Ci już to Basiu – powiedział Tadeusz – jak przeszedł do…- zająknął się, odchrząknął – do Murków – powiedział już pewnym, spokojnym głosem – to… – znów musiał odchrząknąć bo głos mu się załamał –  ja pamiętałem dziecko – znów głos nabrał pewności siebie – a przeszedł chłopiec. Ja wtedy pomyślałam jaki on już duży, jak dorósł, ile lat mi tu, znaczy u Murków uciekło, ile straciłem. Ale oni, Murkowie dojrzewają szybciej od nas i zauważyłem tą różnicę miedzy Gabrysiem a rówieśnikami u nich. Bardzo się przestraszyłem, gdy uzmysłowiłem sobie, że przez stratę tych pięciu lat, gdy go pierwszy raz zobaczyłem po przejściu, wydawał mi się już taki dorosły, ale na drugi dzień widziałam, że to jeszcze dziecko. Nie obraź się Gabrysiu – uśmiechnął się do syna – byłeś taki młody, przestraszony. Miałem straszne wyrzuty sumienia, że przeszedłeś przeze mnie, bałem się okropnie. Ten czas gdy byłeś u Murków odbił się na mnie strasznie, bo tak bardzo chciałem wrócić, ale jeszcze bardziej się bałem o Ciebie, syneczku. Często rozmawiałem ze Starszym, ale on nie potrafił mi pomóc, starał się podtrzymać mnie na duchu, jednak co miał mi powiedzieć. Nie mógł podjąć za mnie decyzji. A ja wiedziałam, że Ciebie nie narażę i że gdy spytasz czy chcę, to ukryję tą nadzieje, tę chęć powrotu i odpowiem, że nie. Ale przez te dni gdy tam byłeś, to twój rozwój emocjonalny strasznie przyśpieszył, wyrównałeś do rówieśników z ich świata, a nawet bym powiedział, że stałeś się dojrzalszy i gdy przyszedłeś mnie poinformować, nie spytać, ale poinformować, że przechodzimy zgodziłem się. I jak przeszliśmy z powrotem to czułem taką radość, ale… – głos znów mu się załamał – ale potem, pamiętając to co stał o się z Teofilem, zdałem sobie sprawę na co Ciebie naraziłem, dla dobra siebie. Gabrysiu wybacz… – mówił prawie przez łzy- wybacz mi, że Ciebie na to naraziłem, powinienem nie pozwolić!
– Tadeuszu – powiedziała bardzo cicho Barbara – jeśli ktoś tu jest winien to w pierwszej kolejności ja! To ja mu nie zabroniłam przejścia do Murków, ale czy Tobie udało się zatrzymać Teodora? On też poszedł ratować ojca! Czy udało mi się zatrzymać Ciebie? Ty też przeszedłeś ratować z kolei swojego ojca. Wiedziałam, że nawet gdybym Gabrysiowi zabroniła, to któregoś dnia by go nie było, a ja bym się jeszcze bardziej martwiła, bo nie wiedziałabym dokładnie co się stało. Nie wiem co Was tak ciągnęło, czy to ta „Pieczęć”, czy żądza przygód, czy ta jakaś karma, los, czy w tej rodzinie tak po prostu jest … – zaczęła płakać, słowa więzły jej w gardle -nie wiedziałam jak mam zabronić i pozwoliłam, i gdy… na was czekałam to wyłam do… poduszki, tak bardzo czułam się samotna, tak strasznie chciałam abyś Ty Tadeuszu wrócił i poświęciłam…  syna.. ale co miałam zrobić? Zrobiłam co mogłam, zmieniłam mu imię – wykrzyczała – i to nic nie dało, los stworzył tego Teo. Nawet nie wiesz Gabrysiu jak bardzo nienawidziłam tego Murka! Ale wróciliście, jesteście tu cali i zdrowi. Myślę, że to co na nas ciąży nie raz wywoła jeszcze łzy, to nie jest łatwe. Musimy się razem trzymać – płakała.
– Basiu, Basiu nie płacz, nic nie mogłaś zrobić, Ty nie zawiniłaś! – powiedział Tadeusz.
– Ty też nie! – odpowiedziała mu dobitnie Barbara – Tak mamy powinności wobec naszych dzieci, wobec naszej rodziny, ale te powinności w świetle tych sytuacji są nieadekwatne, bo te sytuacje nie są „normalnymi” sytuacjami, musimy się z tym pogodzić, dla naszego dobra psychicznego i wspólnego naszej rodziny, musimy Tadeuszu.
– Tak, masz Basiu rację, przepraszam Ciebie, przepraszam Was wszystkich, że zamknąłem się w swym strachu, narażając was na tyle zgryzot, zamiast wspierać się nawzajem. Ty Filipie, pewnie już dawno powinieneś wracać do domu.
– To nic szwagrze, rodzina jest najważniejsza, pieniądze się zawsze znajda jak się je straci, byłem tu potrzebny to zostałem.
– Mamo, mówisz że nienawidzisz Teo za to, że jest. Jemu też jest trudno, wiesz, że on u siebie jest traktowany inaczej? Że całe swoje życie przyporządkował obowiązkom, jakie mu narzucił los? Że, od kiedy zauważył, że z tatą jest źle, do wczorajszej nocy nie wracał na noc do siebie, tylko spał na podłodze w kącie gabinetu dziadka? On też się martwił, i Starszy i Teodor i jego rodzina.
– Synku, jest mi wstyd za to co czułam, przeproś go ode mnie, ja po prostu przelałam na niego złość o to, że ten ich świat się o Ciebie upomniał, masz rację, on na to nie zasłużył, zawsze mówisz o nim tak ciepło.
– Nie wiń się Basiu, ja też zawsze czułem do niego złość, że on przechodzi, że może was widzieć, a ja nie. Ten chłopiec z innego świata ma na prawdę trudne zadanie.
– Nawet ja, jak przeszedłem pomyślałem, że jesteśmy tam więźniami, że on mnie chce otruć -powiedział Gabriel – ale on jest moim bratem, nie wyobrażam sobie już życia bez niego. I wiesz mamo, tej nocy jak on przeszedł, to ja miałem taki żal do Ciebie, że mi odebrałaś tą „Pieczęć”, ale teraz chyba Ci za to dziękuję, bo cieszę się, że go mam.
– Tak Kochani to trudna sytuacja, nawet na mojej psychice się odbiła, ale cieszmy się z tych chwil, które mamy, bo ja tego wszystkiego nie potrafię jakoś pojąć, ale wiem, że sami nie mamy wpływu na to wszystko. Jednak mam tu Was – powiedział Filip, zapalił jeszcze jednego papierosa, omiótł wzrokiem wszystkich i skupił się na wydychaniu dymu z papierosa tak, aby powstawały koła – zobaczcie, siedzimy tutaj razem, życie jest piękne.
– Masz rację Filipie, masz rację – powiedział Tadeusz.
Zrobił się wieczór, Gabriel pomyślał, że pora iść zobaczyć się z Teodozjuszem, musi mu powiedzieć, jak się cieszy że jest. Wziął książkę aby odnieść do gabinetu dziadka.
– To ja odniosę książkę na miejsce – powiedział.
– Idź synku i pozdrów go od nas – powiedziała mama, poczuła się w końcu pogodzona z tym, że ten Murek jest, że istnieje.
– Dobrze mamo- ucieszył się Gab, on też czuł tą radość.
Przyśpieszył kroku i w końcu prawi biegł po schodach, wpadł do gabinetu, Murka jeszcze nie było, odłożył książkę, usiadł w fotelu i czekał. Gdy tylko zauważył, że Teodozjusz jest w jego świecie, od razu podbiegł do niego i mocno go uścisnął, czuł taka radość.
– A to za co? – spytał Murek.
– Za to że jesteś – odpowiedział wesoło Gab.
– Czy coś się zmieniło od wczoraj?
– Tak, wszystko i nic. Wiesz rozmawialiśmy z rodzicami dziś tak szczerze, tata się otworzył pierwszy, chyba zeszło z niego to co go tak tłamsiło. I wiesz, ja wczoraj czułem taki żal, że ja nie mam tej „|Pieczęci”, że przez to imię to jakby mama oddała ją tobie, ale teraz wiem, że gdybym miał wybierać, to wybrałbym i tak to imię i to, że Ty jesteś Teodozjusz. Nie chciałbym być bez swojego brata. Mama też kazała Ciebie pozdrowić, tata pewnie też.
– Tata sam pozdrowi – usłyszeli głos Tadeusza – i przepraszam, że tyle lat patrzyłem na ciebie z zazdrością Teodozjuszu. Wiem, że to czułeś ale tak mi było z tym ciężko i znalazłem ujście tej frustracji w ten sposób, a ty na to nie zasłużyłeś.
Na każdym z ludzi ostatnia sytuacja odbiła się też mocno fizycznie, Tadeusz dziś to zauważył, ale teraz widział jak to odbiło się i na Murku. Znów poczuł wyrzuty sumienia, jednak szybko je odpędził, wiedział do czego mogą doprowadzić takie wyrzuty, musi być silny, postanowił
– I ciągle zapominam powiedzieć Ci, Gabrysiu, że tata prosił o tytoń, sadzonki lub nasiona, myślę, że nasiona będzie Ci łatwiej przenieść. I pozdrów ich wszystkich, powiedz Teodorowi, że mam się już lepiej, że nawet pamiętałem o jego prośbie.
– Tato, ja nie wiem kiedy będę mógł przejść – powiedział Gab.
– Jak wujek wyjedzie – powiedział spokojnie Tadeusz – my tu z mama sobie już poradzimy.
– Tadeuszu cieszę się, że już czujesz się lepiej, jak wrócę, od razu pójdę do Teodora, powiem mu, że ciebie widziałem, bardzo się ucieszy, martwił się. Wszyscy prosiliśmy Wiecznych o to abyś znów był sobą.
– Widocznie pomogli, lub zesłali mądrość na mojego syna – zaśmiał się Tadeusz.
To, że stał w gabinecie swojego taty, że rozmawiał z Murkiem świadczyło o tym, że uporał się ze swoimi demonami.
– Do widzenia Teo, nie przeszkadzam Wam chłopcy, idę do rodziny – pożegnał się.
– Wygląda strasznie – powiedział Teodozjusz gdy Tadeusz wyszedł i zamknął drzwi za sobą – ale Ty też – powiedział patrząc na przyjaciela – Dobrze, że to już za nami.
– Tak, ty też nie wyglądasz dużo lepiej – powiedział Gab -. Zobaczę jak się sytuacja wyklaruje i może rzeczywiście po wyjeździe wujka przejdę do was, dziadek się na pewno ucieszy.
– Ares będzie szczęśliwy, czasem z Larą bierzemy go na przejażdżkę, ale widać, że on tęskni.
– Ja też – powiedział zadumany Gab.
Ciekawe za kim jeszcze tęskni, pomyślał Teo i uśmiechnął się. Nawet on sam już nie mógł się doczekać przejażdżki w trójkę.
-Ja już chyba pójdę spać, a Ty też pewnie pójdziesz jeszcze do dziadka. Powiedz mu, że postaram się o te nasiona tego tytoniu i jeśli wszystko będzie dobrze, to jak wyjedzie wujek przeniosę mu je.Chłopcy pożegnali się. Gabriel wyszedł z pokoju. Teo słyszał jak zbiega ze schodów, jak woła „dobranoc”. Słyszał otwieranie drzwi do jego pokoju i jak je za sobą zamyka. Przez ten ostatni czas jego zmysły się bardzo wyostrzyły, znał też wszystkie dźwięki w tym domu, otwierania i zamykania drzwi od pokoju Gabriela, jego rodziców, nawet gościnnego, i inne. Mimo, że przebywał tylko w tym jednym pokoju, to wiedział co się w domu dzieje. Nigdy nie wyszedł poza to pomieszczenie. Gabrielowi powiedział, że nie może i prawdą jest, że w tym pokoju czuł się bezpiecznie, tu nawet zasłony były tak grube, że mogły przysłonić światło, które go tak drażniło. O wszystko zadbał jeszcze Teodor. Ale to nie tylko to, nie wychodził, bo nie chciał nadużyć zaufania tej rodziny. On miał obserwować, a nie szpiegować. I pilnować ich, to było jego zadanie. Gdy wszystkie odgłosy potwierdziły, że Gabriel jest u siebie, Teo również przeszedł do swojego  świata. Oparta o ścianę stała na niego Larysa.
– I jak? – spytała.
– Widziałem się dzisiaj z Tadeuszem, przyszedł na górę, Wygląda okropnie, dobrze że ma się lepiej.
– Ty też wyglądasz okropnie – powiedziała Lara.
– Co wyście się wszyscy tego przyczepili?
– Martwimy się o ciebie – powiedziała dziewczyna.
– Teraz już będzie dobrze……………

cdn

Zaszufladkowano do kategorii "Murki" Powieść fantasy | Dodaj komentarz